Wiosną 2020 r., kilka tygodni po ogłoszeniu w Polsce stanu epidemii, siedziałem w jednej z wrocławskich restauracji z kpt. Marcinem Pilipem z wrocławskiej delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i z Dariuszem R., wielokrotnie karanym biznesmenem z branży paliwowej. Na stole leżały cztery czasowe dopuszczenia Ministerstwa Zdrowia na 100 tys. sztuk remdesiwiru, leku stosowanego w leczeniu COVID-19. W ampułkach, które sprowadzaliśmy z Indii przez Ukrainę do Wrocławia, była zwykła szczepionka przeciw grypie. Lekarze i dystrybutorzy sprzedawali ją jako środek, który może pomóc w walce z koronawirusem. Część towaru, przepakowana pod rosyjską markę, jechała do Rosji, gdzie kosztowała ponad jedenaście razy więcej niż w zakupie. Do przełomu 2020 i 2021 r. sieć, którą zbudowałem na polecenie oficera, przyniosła 9–10 mln zł zysku netto. Od niemal trzech lat zawiadamiam o tym organy państwa, w tym ministra koordynatora służb specjalnych Tomasza Siemoniaka. Wątek leków do dziś nie doczekał się żadnego rozstrzygnięcia.
Dlaczego o tym piszę
Przez kilka lat współpracowałem z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Moim prowadzącym, czyli oficerem, który wydawał mi polecenia i utrzymywał ze mną kontakt, był kapitan Marcin Pilip z wrocławskiej delegatury ABW. Część tej historii jest już znana. Dziennikarze Onetu i „Superwizjera” TVN24 opisali akcję o kryptonimie „Lizbona”, czyli nieformalną inwigilację prezydenta Lubina Roberta Raczyńskiego, stenogramy i próby wymuszania pieniędzy od przedsiębiorców. Dotarli też do nagrań moich rozmów z kapitanem (Onet).
O handlu lekami mówiłem dotąd w zawiadomieniach do organów państwa i w rozmowie z Janem Pińskim, opublikowanej 16 marca 2026 r. na jego kanale w serwisie YouTube (Jan Piński, „Mafia w ABW”). Piński zaczął ją od przypomnienia, że próby odebrania mi wiarygodności są „prymitywne, wręcz komiczne”. Nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że pracowałem dla agencji, a współpracę zakończyłem w chwili, gdy polecenia zaczęły wyglądać jak działalność przestępcza.
Jestem sygnalistą, czyli osobą, która zgłasza naruszenia prawa, których była świadkiem lub uczestnikiem. W tym tekście opisuję to, co widziałem, słyszałem i robiłem. Tam, gdzie mogę, odwołuję się do dokumentów publicznych. Tam, gdzie opowiadam z własnej wiedzy, mówię to wprost. Nazwiska osób prywatnych skracam do inicjału. Mam dokumenty i nagrania potwierdzające to, co piszę. Jestem gotów przekazać je każdemu prokuratorowi, który zechce zająć się tą sprawą.
Wiosna strachu
Żeby zrozumieć tę historię, trzeba wrócić do marca 2020 r. 4 marca Ministerstwo Zdrowia potwierdziło pierwszy w Polsce przypadek zakażenia koronawirusem SARS-CoV-2 (gov.pl), a 20 marca ogłoszono stan epidemii. Zamknięto szkoły, granice i galerie handlowe. W aptekach zabrakło maseczek, rękawiczek i płynu do dezynfekcji. W telewizji co kilka godzin podawano nowe liczby zakażeń i zgonów. Nikt nie wiedział, jak się chronić.
Na takie chwile czekają ludzie, którzy żyją z cudzego strachu. Między 3 a 10 marca 2020 r. policja, służby celne i regulatorzy rynku leków z 90 państw przeprowadzili operację Pangea XIII, koordynowaną przez Interpol. Zatrzymano 121 osób, przejęto ok. 4,4 mln jednostek nielegalnych leków o wartości ponad 14 mln dolarów i ponad 34 tys. podrobionych maseczek, „sprayów na koronawirusa” i „pakietów antykoronawirusowych”. Zajęcia nielegalnych leków przeciwwirusowych wzrosły o ok. 18 proc. w porównaniu z 2018 r. (Interpol). 27 marca Europol opublikował raport „Pandemic profiteering”, czyli „Pandemiczne spekulacje”. Ostrzegał w nim, że sprzedaż podrobionych produktów medycznych i farmaceutycznych „wzrosła wielokrotnie” od wybuchu kryzysu, a pandemia „otworzyła okazję biznesową dla drapieżnych przestępców” (Europol).
Państwo kupowało w tym czasie sprzęt medyczny w trybie nadzwyczajnym, często od pośredników, którzy nigdy wcześniej nie handlowali sprzętem medycznym. Najwyższa Izba Kontroli oceniła później, że w czasie pandemii co najmniej 82,3 mln zł wydano niegospodarnie, i skierowała zawiadomienia do prokuratury (NIK). Najgłośniejsza była sprawa firmy E&K. Ministerstwo Zdrowia zamówiło u niej 1241 respiratorów za ok. 200 mln zł i wpłaciło 154 mln zł zaliczki. Dotarło ok. 200 urządzeń. Według „Rzeczpospolitej” dostawcę rekomendowała Agencja Wywiadu („Rzeczpospolita”).
To nie jest moja sprawa, ale dobrze oddaje klimat tamtych miesięcy. Pieniądze płynęły szybko, kontrola była słaba, a strach – ogromny. W takich warunkach ktoś z legitymacją służby specjalnej w kieszeni mógł zrobić bardzo dużo. Interpol i Europol pisały o oszustach z ulicy i z internetu. Nie pisały o tym, że taka sama okazja może się otworzyć przed kimś, kto ma za sobą aparat państwa.
Spotkanie w restauracji
Przygotowania ruszyły pod koniec marca i na początku kwietnia 2020 r. Właściwa operacja zaczęła się na przełomie kwietnia i maja. W rozmowie z Pińskim w pewnym momencie przejęzyczyłem się i powiedziałem „w 2022 roku”. Od razu się poprawiłem, bo wszystko, o czym opowiadam, wydarzyło się w 2020 r.
Spotkanie umówił kapitan Pilip. Wcześniej uprzedził mnie, że będziemy rozmawiać o imporcie szczepionek, ale też o innych produktach, na które był wtedy popyt: o rękawiczkach i respiratorach. Respiratory już mieliśmy na stanie i oferowaliśmy je na rynku. Do tego, w jakim celu je trzymaliśmy, wrócę w osobnym tekście.
Spotkaliśmy się we trzech, w jednej z wrocławskich restauracji. Kapitan Pilip, ja i pan Dariusz R. Znaliśmy go jako przestępcę z branży paliwowej, wtedy już wielokrotnie karanego. Był jednak bardzo użyteczny, bo miał kontakty, i to nie tylko przestępcze, ale też biznesowe. Zwłaszcza na Wschodzie: na Ukrainie, na Białorusi i w Rosji.
Mówiliśmy wtedy o sobie: „my w tym układzie szczepionkowym”. Kapitan Pilip poinformował mnie, że „układ” ma już cztery czasowe dopuszczenia wydane przez Ministerstwo Zdrowia na wprowadzenie preparatu na rynek. Chodziło o remdesiwir.
Cztery dopuszczenia, sto tysięcy sztuk
Czasowe dopuszczenie to decyzja ministra zdrowia, która pozwala wprowadzić na rynek konkretny produkt leczniczy, choć nie ma on w Polsce zwykłego pozwolenia na dopuszczenie do obrotu. Podstawą jest art. 4 ust. 8 ustawy Prawo farmaceutyczne. Minister może wydać taką zgodę w razie klęski żywiołowej lub innego zagrożenia życia lub zdrowia ludzi (LexLege, art. 4 Prawa farmaceutycznego). Decyzja określa, ile sztuk można wprowadzić, w jakim terminie i pod jaką nazwą handlową, a także jakie obowiązki ma dystrybutor.
Każde z czterech dopuszczeń, które pokazał mi kapitan, opiewało na 25 tys. sztuk. Razem 100 tys. Mieliśmy je wprowadzić na polski rynek w ciągu trzech miesięcy. Dokumenty były zaskakująco ogólne. Jedynym wymogiem, jaki nałożyło na nas ministerstwo, było prowadzenie rejestru numerów LOT. Numer LOT to numer serii produkcyjnej, nadrukowany na każdym opakowaniu i każdej ampułce. Sto tysięcy sztuk w trzy miesiące, bez wyśrubowanych procedur. Tylko rejestr.
Remdesiwir na papierze, grypa w ampułkach
Ta nazwa jest kluczowa dla całej historii. Remdesiwir nie jest szczepionką. To lek przeciwwirusowy firmy Gilead Sciences, podawany we wlewie dożylnym ciężko chorym, hospitalizowanym pacjentom z COVID-19. W Unii Europejskiej dopuszczono go warunkowo 3 lipca 2020 r. pod nazwą handlową Veklury (Europejska Agencja Leków). Był pierwszym lekiem na COVID-19 zatwierdzonym na szczeblu UE. Wcześniej, 1 maja 2020 r., amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) zgodziła się na jego awaryjne użycie u ciężko chorych w szpitalach (FDA), a 22 października zatwierdziła go jako pierwszy lek na COVID-19 w USA (FDA). Pod koniec lipca Komisja Europejska podpisała z Gilead umowę wartą 63 mln euro na dawki dla państw członkowskich (Komisja Europejska). 8 października 2020 r. zawarła umowę ramową na dostawę do 500 tys. kuracji, do której przystąpiła także Polska (Komisja Europejska; Polskie Radio 24).
W maju 2020 r. Gilead udzielił dobrowolnych licencji producentom leków generycznych z Indii i Pakistanu, m.in. firmom Cipla, Hetero, Jubilant i Mylan. Mogły one sprzedawać tańsze odpowiedniki remdesiwiru w 127 krajach, także na Ukrainie i Białorusi. Licencje nie objęły Rosji (Modern Optometry / Gilead). Ten szczegół ma znaczenie, bo Rosja jeszcze pojawi się w tej historii.
Indyjskie odpowiedniki, m.in. Covifor firmy Hetero i Jubi-R firmy Jubilant, krążyły wtedy w mediach społecznościowych jako rzekome „szczepionki na COVID”. We wrześniu 2020 r. agencja AFP prostowała, że to leki, a nie szczepionki. Podała też ceny. Gilead żądał od krajów rozwijających się 390 dolarów za fiolkę, a indyjska Cipla zapowiadała cenę poniżej 5 tys. rupii, czyli ok. 66 dolarów (AFP Fact Check).
Na dokumentach był więc remdesiwir. W ampułkach, które przechodziły przez moje ręce, była szczepionka przeciw grypie. Do tego dochodziły preparaty w tabletkach, które również miały „chronić przed COVID-em”. Dokładny skład każdego strumienia towaru da się odtworzyć z dokumentów: z decyzji ministra zdrowia, faktur, świadectw jakości i numerów serii. Dlatego te dokumenty powinien zobaczyć prokurator.
Jest w tym gorzka ironia. 20 listopada 2020 r. Światowa Organizacja Zdrowia wydała warunkowe zalecenie przeciw stosowaniu remdesiwiru u pacjentów hospitalizowanych z COVID-19. Analiza danych z czterech badań z udziałem ponad 7 tys. chorych nie wykazała, by lek poprawiał przeżywalność lub zmniejszał potrzebę wentylacji mechanicznej (WHO). Nawet prawdziwy remdesiwir nie był więc cudownym lekiem, za jaki uchodził. A my nie sprzedawaliśmy nawet jego.
Moja rola
Kapitan Pilip rozdzielił zadania. Ja miałem zorganizować cały łańcuch i dopilnować, żeby działał bez zakłóceń: od chwili, gdy towar wyjeżdżał z Indii na Ukrainę, przez transport z Ukrainy do Wrocławia, aż po formalności. Przygotowywałem umowy i zapewniałem dyspozycyjnych prawników, którzy pilnowali zgodności z prawem, o ile w ogóle można tu mówić o zgodności z prawem. I pozyskiwałem lekarzy.
Lekarze byli stronami umów na usługę medyczną, czyli na szczepienie personelu medycznego tymi preparatami. Dlaczego usługa, a nie zwykła sprzedaż? Bo usługi opieki medycznej, w tym szczepienia wykonywane przez lekarzy, są zwolnione z VAT na podstawie art. 43 ust. 1 pkt 18–19 ustawy o VAT (interpretacja indywidualna, LEX). Sprzedaż produktów leczniczych jako towaru jest opodatkowana stawką 8 proc. (interpretacja indywidualna, LEX). Sprzedając towar jako usługę, oszczędzaliśmy na VAT-cie.
Wszyscy lekarze, którzy dostali ode mnie propozycję udziału w tym łańcuszku, wiedzieli, z kim współpracują, na jakich warunkach i w jakim celu.
Spotkania były nagrywane. Robiłem to na osobiste polecenie kapitana Pilipa. Chciał mieć zabezpieczenie, czyli materiał, którym w przyszłości można by uciszyć każdego, kto zechciałby szerzej opowiedzieć o tym procederze. Te nagrania mam do dziś. Mam też dokumenty. Jan Piński widział je przed naszą rozmową.
Na spotkaniu w restauracji zapadła decyzja o założeniu spółki. Miała importować towar i przekazywać go hurtowniom farmaceutycznym, a te miały wprowadzać go na rynek.
Firma handlowa z legitymacją
Piński zapytał mnie wtedy o to, o co pytają wszyscy. Przecież zgodziłem się pracować dla państwa, a nie dla firmy handlowej. Jak oficer mi to tłumaczył? Czy była jakaś idea, że trzeba zabezpieczyć Polskę, że to dla dobra kraju?
Nie było. To wyglądało jak dzień jak co dzień w firmie handlowej. Nikt nawet nie próbował nadawać temu etosu operacji prowadzonej na rzecz państwa czy ochrony obywateli. Od początku była to zimna kalkulacja, operacja nastawiona na zysk. Uczestników było znacznie więcej niż nas trzech i nikt nikomu nie tłumaczył prawdziwego celu. Zakładałem wtedy i zakładam do dziś, że część pieniędzy trafiała do agencji i była wykorzystywana na zadania, które niekoniecznie mieściły się w ustawie. Nie wierzę jednak, że dotyczyło to całości.
Najważniejsze było co innego: systemowe zabezpieczenie ze strony państwa. Nie chodziło tylko o to, że wykorzystywaliśmy wiedzę, możliwości i struktury służby do prowadzenia handlu. My w tym handlu mieliśmy wsparcie państwa. Nie mieliśmy żadnych trudności przy imporcie. Nie mieliśmy też trudności przy wprowadzaniu towaru na rynek, bo były dopuszczenia ministerstwa. Inne organy nie interesowały się ani tym, co robimy, ani sprawozdaniami spółek.
Proszę to sobie wyobrazić. Spółka istnieje od miesiąca, może dwóch. Współpracuje z małymi firmami wybranych i zwerbowanych lekarzy. I w szczycie paniki, w sytuacji absolutnie skrajnej, sprowadza do Polski 100 tys. sztuk preparatu medycznego. Nie budzi przy tym żadnych pytań, kontroli ani niepokoju.
Ustawowe zadania ABW wymienia art. 5 ustawy o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu. Należy do nich m.in. rozpoznawanie, zapobieganie i wykrywanie przestępstw godzących w podstawy ekonomiczne państwa (tekst jednolity ustawy, Dz.U. 2025 poz. 902). Prowadzenia handlu dla zysku w tym katalogu nie ma. Ta sama ustawa w art. 80 zakazuje funkcjonariuszowi podejmowania zajęcia zarobkowego poza służbą. Wyjątkiem jest zgoda przełożonego, a przełożony może jej udzielić tylko wtedy, gdy zajęcie nie narusza „honoru, godności lub dobrego imienia służby” (LexLege, art. 80 ustawy o ABW i AW).
Pieniądze w obu kierunkach
O finansach oczywiście rozmawialiśmy, ale nie o podziale zysków. Dysponentem pieniędzy był wyłącznie kapitan Pilip, i to w obu kierunkach: zarówno pieniędzy, które trzeba było włożyć w przedsięwzięcie, jak i tych, które później wyciągano z niego jako zysk.
Pieniądze na zakupy zorganizował kapitan. Nie wiem, skąd pochodziły. Trafiły do spółki zarządzanej przez Dariusza R. Na początku spółka była formalnym importerem, a później sprzedawała towar hurtowniom farmaceutycznym. Bardzo zależało nam na tym, żeby przekształcić ją w hurtownię. Nie udało się, bo to złożony proces, więc skorzystaliśmy z hurtowni, która już istniała. W sierpniu 2020 r. ustawodawca doprecyzował procedurę czasowych dopuszczeń. Zgłoszenie o potrzebie wydania takiej zgody składa m.in. właśnie hurtownia farmaceutyczna (Dz.U. 2020 poz. 1493).
Z kont spółki pieniądze płynęły także na konta jednoosobowych działalności gospodarczych konkretnych lekarzy. Ci lekarze równolegle, w mniejszych ilościach, sprowadzali na nasze polecenie ten sam produkt pod inną nazwą handlową. Już poza dopuszczeniami Ministerstwa Zdrowia.
Sprzedawaliśmy nadzieję
Piński zapytał, czy mieliśmy informacje wyprzedzające, czyli czy wiedzieliśmy wcześniej niż inni, że na tym rynku będzie można zarobić. Nie mieliśmy. Kapitan Pilip po prostu sprawnie zarządził operacją w momencie, w którym wszyscy zaczęli się bać COVID-u. Nikt nie wiedział, co robić, jak temu przeciwdziałać. Każdy był gotów zapłacić ogromne pieniądze, żeby wirus go ominął.
I to jest w tej historii najgorsze. My tak naprawdę sprzedawaliśmy ludziom nadzieję. Nie mówiliśmy odbiorcom, że to nie są szczepionki na COVID. Nie mówiliśmy, że to szczepionki wyłącznie na grypę. Nasi dystrybutorzy przekonywali, że to lek przeciwwirusowy, szczepionka przeciwwirusowa, która może pomóc w walce z COVID-em. Oprócz szczepionek mieliśmy preparaty w tabletkach, które też miały chronić przed koronawirusem. I respiratory.
W rozmowie z Pińskim powiedziałem, że był to czas, kiedy o szczepionkach na COVID „jeszcze nikt nie myślał”. Chodziło mi o to, co wiedzieli zwykli ludzie. W laboratoriach praca już trwała. 16 marca 2020 r. amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia ogłosiły, że w Seattle pierwszy ochotnik otrzymał eksperymentalną szczepionkę firmy Moderna (NIH). Pierwszą szczepionkę przeciw COVID-19 w Unii Europejskiej, Comirnaty firm Pfizer i BioNTech, dopuszczono do obrotu dopiero 21 grudnia 2020 r. (Europejska Agencja Leków). Przez cały 2020 r. w Europie nie było więc ani jednej legalnej szczepionki przeciw COVID-19. Wszystko, co wtedy sprzedawano jako „szczepionkę na covid”, było czymś innym.
Grypa na wagę złota
Jesienią 2020 r. w Polsce zabrakło szczepionek przeciw grypie. Partie znikały z aptek w kilkanaście minut, a apteki wprowadzały limity („Rzeczpospolita”). We wrześniu OKO.press pisało, że na rynku jest ok. 260 tys. opakowań (OKO.press). Szczepionki przeciw grypie trafiły na listę produktów zagrożonych brakiem dostępności, których nie wolno było wywozić z Polski (Business Insider Polska). Ministerstwo Zdrowia organizowało bezpłatne szczepienia dla personelu medycznego (gov.pl). Lekarze pytali prawników, czy mogą szczepić preparatem dopuszczonym czasowo, w zagranicznym opakowaniu (Medycyna Praktyczna).
Na takim rynku każda dawka była na wagę złota. Nie tylko w Polsce. W grudniu 2020 r. Europol ostrzegał, że w październiku Światowa Organizacja Zdrowia wykryła w Meksyku sfałszowaną szczepionkę przeciw grypie z innymi numerami serii i datami ważności niż oryginał. Agencja oceniła, że to dowód, iż „przestępcy wykorzystują okazje, gdy tylko się pojawią”, a popyt na szczepionki przeciw grypie jest w pandemii wyższy niż zwykle (Europol, Early Warning Notification). Ten sam dokument przypominał, że szczepionki znalezione poza łańcuchem chłodniczym nie są uznawane za bezpieczne.
Kierunek Rosja
Część towaru zostawała w Polsce. Część jechała dalej, do Rosji. Produkty przepakowywano w opakowania z rosyjską marką. Wysyłaliśmy je na podstawie dokumentu, który nazywaliśmy „paszportem”, bo pozwalał wprowadzić towar do Rosji. Określał, co to za produkt, jakie ma parametry i pod jaką marką będzie sprzedawany. Tu znów potrzebny był Dariusz R. i jego kontakty.
Piński powiedział wtedy wprost: czyli rosyjskie firmy płacą polskiej spółce za szczepionkę na COVID, która w ogóle nie istnieje. Tak. Sprzedawaliśmy w rzeczywistości szczepionkę na grypę, niczym nie różniącą się od innych szczepionek przeciw grypie, które były wtedy na rynku.
Liczby: import jednej jednostki do Polski kosztował nas 25 euro, a sprzedaż tej samej jednostki do Rosji, na dokumentach, przynosiła 285 euro. To ponad jedenaście razy więcej i 260 euro przebitki na każdej sztuce.
Rosja znalazła się poza zasięgiem licencji Gilead na tanie odpowiedniki remdesiwiru (Modern Optometry / Gilead). Indyjskie generyki nie mogły tam trafić legalnie, więc popyt na wszystko, co kojarzyło się z lekiem na COVID, był wyjątkowo duży. A 25 euro to mniej, niż zapowiadana cena najtańszego indyjskiego remdesiwiru (AFP Fact Check). Już sama ta cena mówi, że w ampułkach nie było leku, którego nazwa widniała w dokumentach.
9–10 mln zł w kilka miesięcy
Moja rola skończyła się na przełomie 2020 i 2021 r. Łańcuch był wtedy gotowy: import, formalności, sprzedaż, sieć handlowa i lekarze, którzy tym zarządzali. Czy biznes trwał dalej? Zakładam, że tak. Trudno byłoby zamknąć dobrze prosperujący interes w szczycie zapotrzebowania na takie produkty.
Mogę natomiast powiedzieć, ile ta sieć zarobiła, kiedy w niej byłem. Od końca marca lub początku kwietnia 2020 r. do przełomu 2020 i 2021 r. sieć zbudowana przeze mnie na polecenie kapitana Pilipa wygenerowała od 9 do 10 mln zł zysku netto.
Indyjski kanał nie mógł działać bez końca. 11 kwietnia 2021 r., w czasie gwałtownego wzrostu zakażeń, rząd Indii zakazał eksportu remdesiwiru i jego substancji czynnej „do czasu poprawy sytuacji” (Biuro Informacji Prasowej rządu Indii). Jeśli operacja trwała jeszcze wtedy, dokumenty z nazwą remdesiwiru i indyjskim pochodzeniem towaru musiały zacząć budzić pytania na granicy.
Łańcuch chłodniczy
Piński zauważył, że poza kwestiami etycznymi i pytaniem, dlaczego ministerstwo wydało takie zgody, reszta mogła być formalnie zgodna z prawem. Co do zasady tak. Jest jednak coś jeszcze. Nie zawsze spełnialiśmy warunki przechowywania i transportu tego typu produktów. Głównym wskaźnikiem była cena. Chodziło o to, żeby maksymalnie obniżać koszty i zarabiać jak najwięcej. Nie oszukujmy się: nie przykładaliśmy wielkiej wagi do tego, żeby przechowywać i przewozić towar tak, jak należy, bo to kosztuje.
To nie jest szczegół. Szczepionki trzeba przechowywać i przewozić w temperaturze od +2 do +8°C, w nieprzerwanym łańcuchu chłodniczym (Medycyna Praktyczna). Hurtownie i przewoźnicy leków podlegają obowiązkowym standardom Dobrej Praktyki Dystrybucyjnej (Wymagania Dobrej Praktyki Dystrybucyjnej). Szczepionka, która jechała z Indii przez Ukrainę bez kontroli temperatury, mogła przestać działać. A zaszczepiony człowiek był przekonany, że jest chroniony. Przed COVID-em, bo tak mu powiedziano, i przed grypą, bo zakładał, że dostał pełnowartościową szczepionkę.
Dola dla lekarzy
Podziałem zysku zajmował się kapitan Pilip. Z wypracowanych pieniędzy najpierw opłacaliśmy lekarzy: każdy dostawał swoją dolę za udział. Potem kompensowaliśmy koszty podatkowe osób, które wykorzystywaliśmy w tym procederze. Resztę dzielił kapitan. Jak? To pytanie do niego.
Piński zapytał o pakiet motywacyjny. Był, ale nie dla nas, tylko dla lekarzy, których pozyskaliśmy do sieci. Mieli ustalone progi procentowe: im więcej sprzedali, tym większy procent dostawali. To byli polscy lekarze. Wiedzieli, że biorą zwykłą szczepionkę na grypę i sprzedają ją jako szczepionkę na COVID. I to nawet nie jako szczepionkę, tylko jako usługę szczepienia, korzystniej opodatkowaną.
Lekarze musieli prowadzić dokumentację szczepień. Z tego, co wiem, czasem rzeczywiście szczepili, ale na pewno nie w ilościach, które odpowiadałyby sprzedaży. Piński nazwał to „klasyką gatunku”: wpisuje się czynność, której się nie wykonało, żeby zapłacić niższy VAT. Zauważył też, że w zależności od skali to przestępstwo albo wykroczenie skarbowe.
Lekarze mieli się jednak niczym nie martwić. Kapitan Pilip mówił im to wprost. Zapewniał, że w razie jakichkolwiek trudności mogą zadzwonić do mnie albo bezpośrednio do niego, a my udzielimy im wszelkiej potrzebnej pomocy.
Przepisy, które złamano
Ostateczną kwalifikację prawną ustali prokuratura i sąd. Uważam jednak, że czytelnik powinien znać przepisy, które w tej sprawie wchodzą w grę.
Wprowadzanie do obrotu produktu leczniczego bez pozwolenia. Dotyczy partii, które lekarze sprowadzali pod inną nazwą handlową, poza zgodami ministra. Art. 124 Prawa farmaceutycznego przewiduje za to grzywnę, karę ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 (LexLege, art. 124 Prawa farmaceutycznego).
Obrót sfałszowanym produktem leczniczym. Chodzi o produkt, który udaje coś, czym nie jest, np. szczepionka przeciw grypie w dokumentach remdesiwiru. Art. 124b Prawa farmaceutycznego przewiduje do 5 lat pozbawienia wolności za jego wytwarzanie, a także za jego dostarczanie lub udostępnianie („Zeszyty Prawnicze” UKSW).
Sprowadzenie niebezpieczeństwa dla zdrowia wielu osób. Art. 165 § 1 pkt 2 Kodeksu karnego dotyczy m.in. wprowadzania do obrotu środków farmaceutycznych, które nie odpowiadają obowiązującym warunkom jakości („Zeszyty Prawnicze” UKSW). W tej sprawie oznacza to szczepionki przewożone bez łańcucha chłodniczego.
Oszustwo. Art. 286 Kodeksu karnego. Sprzedaż szczepionki na grypę jako środka przeciw COVID-19 to klasyczne wprowadzenie w błąd, które prowadzi do niekorzystnego rozporządzenia mieniem.
Przestępstwa skarbowe. Dokumentowanie fikcyjnych usług szczepienia, by uniknąć VAT. Kwalifikacja zależy od kwoty uszczuplenia podatku.
Naruszenie zbiorowych interesów konsumentów. Piński uważa, że w tej sprawie powinien był wkroczyć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zgadzam się z nim.
Nie wiem, kto i jak sprzedawał ten towar w Polsce. Moja rola kończyła się na przygotowaniu gotowego produktu: w polskich opakowaniach, z polskimi papierami, gotowego do dalszej sprzedaży.
Dobry duszek
Formalnie ABW nigdzie w tej historii nie występowała. Piński zapytał, czy agencja była „dobrym duszkiem”, który pojawia się tylko przy odbiorze pieniędzy. Bardzo dobrym nawet duszkiem.
Nie wiem, na jakie tytuły wystawiano faktury ani co później działo się z pieniędzmi w spółkach Dariusza R. I wiem, że już się tego nie dowiemy. Mniej więcej dwa lata po zakończeniu operacji Dariusz R. zmarł w szpitalu na zapalenie płuc. Dla mnie okoliczności tej śmierci nie są do końca wyjaśnione. Z tego, co wiem, jego żona nie chciała sekcji zwłok, bo przyczyna śmierci nie budziła jej wątpliwości. Kilka dni po pogrzebie dokonano zmian notarialnych, po których została jedyną udziałowczynią spółki. Sprzedała udziały, spółkę rozmyła, a potem przepadła jak kamień w wodę. W spółkach zostały, jak ujął to Piński, „gołe kwity”.
Nie twierdzę, że ta śmierć miała związek z naszą działalnością. Nie mam na to dowodów, a sprzedaż odziedziczonych udziałów i zamknięcie spółki to czynności legalne. Mówię tylko, że wraz ze śmiercią Dariusza R. zniknął człowiek, który wiedział, dokąd płynęły pieniądze.
Gdzie jest kapitan Pilip
Do marca 2026 r., kiedy rozmawiałem z Janem Pińskim, nikt nie przesłuchał kapitana Pilipa w sprawie leków i nikt nie skonfrontował go ze mną.
Piński powiedział w tej rozmowie, że ma informację, iż kapitan pozostaje w służbie. Mówił o tym już wcześniej, publicznie. Zaapelował, żeby zapytać ministra Siemoniaka, czy Marcin Pilip jest zatrudniony we wrocławskiej delegaturze na tzw. niejawnym etacie. Według Pińskiego po tej wypowiedzi jego krytycy natychmiast umilkli, bo „klaps zabolał”. Dodał, że później zapadła decyzja, by ustalić, skąd czerpie informacje niejawne, i „okablować”, czyli założyć podsłuchy w dwóch mieszkaniach zajmowanych przez jego rodzinę. Zwrócił się bezpośrednio do ludzi, którzy mieliby to robić: jeśli myślą, że nie jest to na bieżąco sprawdzane, to się mylą, a skończy się to „wpadką zespołów” i „spaleniem ludzi, którzy mogą przez was stracić pracę”.
Oficjalna wersja jest inna. W listopadzie 2024 r. Onet napisał, że kapitan został „po cichu” zmuszony do odejścia z ABW i przebywa na zwolnieniu lekarskim (Onet). W maju 2026 r. ABW napisała w serwisie X, że jego działania miały charakter „pozasłużbowy”, że przeprowadzono wobec niego postępowanie dyscyplinarne i że „przestał być funkcjonariuszem ABW w 2024 r.” (ABW w serwisie X). W marcu 2026 r. pisałem w serwisie X, że Marcin P. nadal pracuje w ABW (Łukasz Bugajski w serwisie X). Która wersja jest prawdziwa, powinni ustalić posłowie z sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych. Mają do tego narzędzia, których nie ma żaden dziennikarz.
Stenogramy i haracz
Ta historia łączy się z aferą lubińską. To kapitan Pilip przekazał mi „słynne stenogramy”, czyli zapisy rzekomej korespondencji prezydenta Lubina i jego współpracownika, opisujące szereg przestępczych zachowań. Dziś mówi się, że były sfałszowane, ale do dziś nie wiadomo, co w nich jest fałszywe, a co prawdziwe.
I to kapitan Pilip skierował mnie do przedsiębiorcy, od którego miałem pobrać haracz. Piński streścił to jednym zdaniem: „Zobacz, co tu się dzieje z tobą. Tak, chłopie, i ustalmy działkę”. Dokładnie tak to wyglądało. Szerzej opisałem tę operację w marcu 2026 r. w serwisie X. Przypomniałem tam też, że minister Siemoniak, który wie o sprawie od sierpnia 2024 r., skomentował działania funkcjonariusza jednym zdaniem: „to było działanie po godzinach” (Łukasz Bugajski w serwisie X). Agencja oficjalnie zaprzeczała, by prowadziła na Dolnym Śląsku nielegalne działania (Polskie Radio).
Każda sprawa musiała zarabiać
Piński zapytał, czy w mojej pracy z kapitanem w ogóle był jakiś wątek pracy dla państwa. Był, oczywiście, że był. Do dziś zadaję sobie pytanie, jak naprawdę wykorzystywano rezultaty tej pracy. Ale bez względu na okres i sprawę zawsze istniało dodatkowe oczekiwanie: w każdej sprawie trzeba było znaleźć źródło pieniędzy, mniej lub bardziej legalne. Każda sprawa prędzej czy później miała zacząć przynosić przychody. Ze wszystkich spraw, które prowadziłem z kapitanem Pilipem, nie potrafię wskazać ani jednej bez wątku finansowego.
Czy mówiono, że pieniądze trafią do funduszu operacyjnego, czyli do wydzielonej puli środków na tajne działania służby? Były pomysły, żeby część wypracowanych środków legalizować przez szereg spółek. Miały one pomnażać pieniądze, a zyski miały finansować bieżącą działalność. Czy tak się stało? Zakładam, że nie, ale nie mogę tego ani potwierdzić, ani wykluczyć, bo to obszar, do którego nie miałem dostępu.
Wiem natomiast, że taka narracja istniała. Musiała istnieć, bo często używaliśmy jej wobec ludzi, których wciągaliśmy do współpracy. Kilka razy sam przełamałem nią czyjś opór. Nie chodziło o opór przed samą współpracą, tylko przed przyjęciem ode mnie pieniędzy, swojej doli. Tłumaczyłem, że nie ma w tym nic nielegalnego ani zdrożnego, bo ta dola to tylko to, co zostało po podzieleniu zasobów na rzecz państwa polskiego. Ludzie mniej lub bardziej w to wierzyli. Albo chcieli wierzyć.
Czy ja na tym zarobiłem? Nie. Dostawałem comiesięczne wynagrodzenie, bez udziału w zyskach. Gdybym chciał przy okazji prowadzić własne interesy, miałem na to pełne przyzwolenie kapitana. Co więcej, zachęcał mnie, żebym w wolnym czasie zaczął prowadzić „jakiś mały geszefcik”, bo przecież zasłużyłem. Nie skorzystałem.
Piński zapytał jeszcze, czy był jakiś wątek choćby quasi-patriotyczny, na przykład współpraca z wywiadem, który chciałby wykorzystać sieć dystrybucji na Wschodzie. Nie, absolutnie.
Piński podsumował to po swojemu. Szyld ABW sprawia, że wszystkie kontrole omijają cię szerokim łukiem. Ministerstwo daje zielone światło. Firmy trzymają się z daleka, bo w razie czego „wyciągamy blachy i mówimy: won”. Dodał z przekąsem, że minister Siemoniak powinien wpisać to do folderów rekrutacyjnych, bo skończyłyby się problemy z naborem. Pewnie tak. W marcu 2026 r. minister wiedział o tym procederze od co najmniej dwóch lat, od pierwszego pisma, pod którym się podpisałem, informując go osobiście o nieprawidłowościach w agencji.
Dlaczego mówię dopiero teraz
Często słyszę pytanie, dlaczego mówię o tym dopiero teraz. Odpowiedź jest prosta. Przez lata wierzyłem, że pracuję dla państwa i że to, co robię, ma sens, nawet jeśli nie wszystko rozumiem. Tak działa relacja z oficerem prowadzącym: on widzi całość, ty widzisz fragment, a zaufanie zastępuje wiedzę.
Pod koniec 2021 r. zobaczyłem, że coraz więcej poleceń nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem Polski. Chodziło o pieniądze, i to prywatne pieniądze konkretnych ludzi. Wtedy zakończyłem współpracę, a potem zacząłem pisać do tych, którzy z mocy prawa powinni się tym zająć. Zapłaciłem za to wysoką cenę. Dziś to ja jestem przedstawiany jako problem, a nie ludzie, którzy wydawali mi polecenia.
Zawiadomienia, na które nikt nie odpowiedział
Pierwsze zawiadomienie wysłałem ministrowi Siemoniakowi pod koniec lipca 2024 r. Kolejne trafiły do kancelarii premiera i prezydenta, do ministra sprawiedliwości, do Prokuratury Krajowej i do kierownictwa ABW. Napisałem wtedy, że z końcem 2021 r. zauważyłem, że funkcjonariusze coraz częściej oczekują ode mnie zadań wykraczających poza ustawowe zadania agencji. Zadań, które służyły wyłącznie prywatnym, często zarobkowym celom niektórych z nich (Onet).
Publikuję swoje archiwum: 148 dokumentów, w tym listy do ministra koordynatora z 20–26 sierpnia 2024 r., pisma do premiera i prezydenta z 27 marca 2026 r. oraz korespondencję z sejmową Komisją do Spraw Służb Specjalnych. Z pisma komisji z 28 stycznia 2026 r. wynika, że moją sprawą zajmowała się ona na posiedzeniach zamkniętych (AferaLubinska.com). W wątku szczepionek składałem zawiadomienia i przedstawiałem dowody. Ten wątek do dziś nie doczekał się żadnego finału prawnego.
W grudniu 2024 r. minister Siemoniak poinformował, że po audytach służby specjalne skierowały do prokuratury 24 zawiadomienia dotyczące lat 2016–2023, w tym trzy z ABW. Agencja przekazała też materiały do dwóch toczących się śledztw (PAP). Nie wiem, czy któreś z nich dotyczy leków. Nikt mnie o tym nie poinformował.
Ustawa o ochronie sygnalistów obowiązuje od 25 września 2024 r. (Dz.U. 2024 poz. 928). Nie obejmuje informacji niejawnych, a część jej przepisów nie dotyczy zadań służb specjalnych w zakresie bezpieczeństwa narodowego (LexLege, art. 5 ustawy o ochronie sygnalistów). Kto ujawnia nieprawidłowości w służbach, jest więc chroniony słabiej niż sygnalista w zwykłej firmie. Przekonuję się o tym na własnej skórze.
Co wydarzyło się później
Dwa miesiące po rozmowie z Pińskim sprawa lubińska przyspieszyła. 15 maja 2026 r. Prokuratura Okręgowa w Legnicy poinformowała, że 14 maja kapitan Marcin Pilip, określony jako były funkcjonariusz ABW, usłyszał zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą prowadzącą nielegalną inwigilację. Grozi mu od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Według prokuratury do tej grupy należeli m.in. Łukasz B., czyli ja, i Filip Cz. Prokuratura uważa, że ABW jako instytucja nie prowadziła tych działań (Prokuratura Okręgowa w Legnicy).
Prokuratura twierdzi też, że nigdy nie współpracowałem z agencją. Moje stanowisko jest znane i niezmienne: działałem na polecenie funkcjonariusza ABW. Razem z Filipem Czają mówimy otwarcie, że operację zlecało kierownictwo agencji i „generałowie” (tuLegnica). Nagrania moich rozmów z kapitanem opisali dziennikarze Onetu i „Superwizjera” TVN24, a dokumenty publikuję. Wszystko oceni sąd. W komunikacie prokuratury nie ma ani słowa o lekach.
Generał i zapowiedź
Na koniec rozmowy Jan Piński zapowiedział, że nagrań i materiałów „będzie coraz więcej” i że „dla każdego coś miłego”. Zwrócił się do gen. bryg. Radosława Kujawy, sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i zastępcy ministra koordynatora służb specjalnych, w latach 2008–2015 szefa Służby Wywiadu Wojskowego (gov.pl). Według Pińskiego generał postanowił zajmować się nim osobiście i planować pozyskiwanie agentury, czyli informatorów, w szeroko rozumianym kręgu osób z nim związanych. „W związku z tym chciałbym panu generałowi powiedzieć, że w takim razie ja też się nim osobiście zajmę, bo do tej pory robiłem to po godzinach, a tym razem zrobię to już pełnowymiarowo. Zobaczymy, komu lepiej pójdzie” – powiedział. Zapowiedział też transmisję na żywo z moim udziałem, w której widzowie będą mogli zadawać pytania.
Co można sprawdzić
Nie proszę nikogo, by wierzył mi na słowo. Ta historia zostawiła ślady w dokumentach państwa i wystarczy po nie sięgnąć:
Decyzje ministra zdrowia z 2020 r., wydane na podstawie art. 4 ust. 8 Prawa farmaceutycznego. Cztery zgody po 25 tys. sztuk, z nazwą remdesiwir, muszą być w archiwum resortu.
Dokumenty celne Krajowej Administracji Skarbowej dotyczące importu produktów leczniczych z Ukrainy do Wrocławia w 2020 r. i wywozu do Rosji.
Rejestr numerów serii (LOT), czyli jedyny obowiązek, jaki nałożyło na nas ministerstwo.
Wpisy w Krajowym Rejestrze Sądowym spółki Dariusza R.: data rejestracji, zmiany wspólników po jego śmierci i likwidacja.
Deklaracje VAT jednoosobowych działalności lekarzy, w których sprzedaż szczepionek wykazywano jako zwolnioną usługę medyczną.
Moje nagrania i dokumenty, które przekażę każdemu prokuratorowi, który zechce się tym zająć.
O co tu naprawdę chodzi
Ta historia nie jest o pieniądzach. Dziewięć czy dziesięć milionów złotych to w skali państwa niewiele. To historia o tym, co się dzieje, kiedy legitymacja służby specjalnej staje się kluczem do każdych drzwi. Kontrole się cofają, urzędy nie zadają pytań, ministerstwo podpisuje dopuszczenia, a ludzie przestraszeni pandemią płacą za nadzieję, której nikt nie zamierzał im dać.
Byłem częścią tego mechanizmu. Wiem, jak działał, bo sam go budowałem. Dlatego o nim mówię i będę mówił dalej, dopóki ktoś w tym państwie nie zada kapitanowi Pilipowi pytania, które zadał Jan Piński: kto dał pieniądze, kto je wziął i ile.
