Od wczoraj sieć zalewają nagrania i zdjęcia z domu pod Kijowem, w którym mieli być przetrzymywani i torturowani żołnierze. Część z nich jest wstrząsająca, część wprowadza w błąd, a część pochodzi od ludzi, którzy mają interes w tym, żeby sprawa wyglądała jak najgorzej. Przejrzałem komunikaty ukraińskich instytucji, relacje dziennikarzy z miejsca i ustalenia niezależnych redakcji. Oddzielam to, co potwierdzone, od tego, co na razie pozostaje twierdzeniem. Nie przesądzam niczyjej winy.
Gdzie i co
Wydarzenia rozegrały się 2 listopada nie w samym Kijowie, ale w Petropawłowskiej Borszczagówce, wsi w rejonie buczańskim, tuż za obwodnicą stolicy. Prywatny dom przy ul. Słonecznej był według 1. Korpusu Gwardii Narodowej „Azow” tymczasowym punktem dyslokacji jednostki wojskowej 3121. Dowódca Gwardii gen. Ołeksandr Piwnenko wyjaśnia, że trafiają tam zmobilizowani przez wojskowe centra rekrutacji oraz żołnierze zatrzymani po samowolnym opuszczeniu jednostek. Przechodzą formalności i kontrole, a następnie w grupach jadą do ośrodka szkolenia.
Jak to się zaczęło
Około południa na Telegramie i TikToku pojawiły się transmisje, według których uzbrojeni ludzie przetrzymywali w piwnicy około 40 mężczyzn, a medycy nie mieli do nich dostępu. Główną rolę odegrała kobieta w uniformie lekarza z prywatnej karetki. Klęcząc pod bramą prosiła o wpuszczenie, a potem pokazywała nagrania z telefonu i opowiadała o mężczyźnie z martwicą, który „po prostu umrze”, o innym ze złamanym kręgosłupem, o człowieku przywiezionym z workiem na głowie i o kimś przetrzymywanym od ponad 37 dni po operacji. To ona wezwała policję.
Dziennikarze śledczy ze Slidstvo.Info szybko ustalili, że kobieta nie jest tym, za kogo się podawała. Klinika, w której imieniu występowała, nie działa od 2023 roku, a karetkę właściciel spółki sprzedał w 2024 roku. Kobieta jest związana z gabinetem chirurgii plastycznej. Temat od pierwszych godzin nagłaśniał też zbiegły ukraiński deputowany przebywający w Rosji, który pisał o porwaniach dla okupu. Rosyjskie media państwowe podały wersję o torturach jako fakt.
Te ustalenia podważają wiarygodność pierwszych doniesień. Nie rozstrzygają jednak najważniejszego pytania: czy żołnierzom w tym domu stała się krzywda.
Co jest potwierdzone
Sama Gwardia Narodowa potwierdziła, że w budynku przetrzymywano żołnierzy zatrzymanych po samowolnym opuszczeniu jednostek i że czterech z nich miało obrażenia wymagające szpitala. Korpus „Azow” napisał, że „zdecydowanie potępia bezprawne działania wobec żołnierzy”. Piwnenko odrzucił zarzut tortur. Zapytany o przyczyny obrażeń przyznał, że nie wie, i zapowiedział, że postępowanie służbowe obejmie przesłuchanie każdego dowódcy i medyka. Padło też zdanie, które uważam za kluczowe: „Jest problem, zrozumieliśmy, zobaczyliśmy. Więcej takich przypadków nie będzie”. Na miejscu pracowali śledczy Państwowego Biura Śledczego i ludzie rzeczniczki praw żołnierzy Olhi Reszetyłowej. Minister spraw wewnętrznych Iwan Wyhiwski polecił sprawdzić warunki, w jakich przebywali żołnierze.
Co jest niepotwierdzone albo sprzeczne
Liczby się nie zgadzają. W sieci mówiono o 40 osobach, kobieta podająca się za lekarkę mówiła o 25–30, deputowany Ołeksij Honczarenko o 25. Piwnenko twierdzi, że nagrał 18 żołnierzy w środku i że czterech kolejnych trafiło do szpitala. Kyryło Budanow mówił o 14 mężczyznach.
Obrażenia też są opisywane rozbieżnie. Krąży nagranie, na którym z budynku wynoszą mężczyznę z możliwym złamaniem kręgosłupa, ale według innych relacji osoba, która miała mieć to złamanie, szła o własnych siłach. Honczarenko pisze o złamanym żebrze, a w komunikacie policji nie ma o tym słowa. Jest nagranie mężczyzny z widocznymi śladami pobicia na twarzy, który mówi rodzinie o bólu brzucha, gorączce i dreszczach. Są też nagrania, na których zatrzymani zapewniają, że nikt ich nie bił. Jeden wyszedł nawet do tłumu i pytał: „Jacy pobici chłopcy?”. Tłum mu nie uwierzył.
Policja stanowczo dementuje informacje o ofierze śmiertelnej i o zakładnikach. Prokuratura ds. obrony również nazwała historię o 40 zakładnikach nieprawdą. Zarzuty żądania okupu od rodzin, martwicy i worka na głowie nie mają dziś żadnego potwierdzenia.
Honczarenko nazwał dom „pres-chatą”, czyli miejscem fizycznego „wychowywania” dezerterów, i porównał sprawę do pułku „Skała”. To jego teza, nie ustalenie. Ale kontekst jest realny: w lipcu dziennikarze opisali przypadki znęcania się w tym pułku nad żołnierzami, którzy uciekli z jednostek.
Co działo się wieczorem
Około dziesięciu młodych mężczyzn z zakrytymi twarzami próbowało wyważyć kopniakami żelazną bramę. Ludzie rzucali w okna cegłami wyrwanymi z ogrodzenia, odpalali świece dymne, obrzucili policję jajkami i zwymyślali dowódcę Gwardii. Policja użyła środków przymusu, rzucono granat hukowy. Zamaskowani mężczyźni rozpędzili tłum przy autobusie, ktoś rozpylił w nim gaz łzawiący, a dziennikarz agencji UNN został pobity. Około 21:20 padły strzały. Do dziś nie wiadomo, kto strzelał. Piwnenko zapewnia, że ludzie w kominiarkach na pewno nie byli jego żołnierzami. Kim byli, nie ustalono. Na miejsce przyjechali policyjni kontrterroryści z jednostki KORD.
Około 21:30 przyjechał szef Kancelarii Prezydenta Kyryło Budanow. Wyprowadził z budynku 14-letniego chłopca, który według relacji dostał się tam w czasie zamieszek, i zadzwonił do jego rodziny. Do zgromadzonych powiedział, że w środku nie ma żadnych zakładników i że trzeba się rozejść. Część cywilów mogła wejść do budynku i porozmawiać z żołnierzami. Budanow zapowiedział, że od rana grupa robocza zajmie się samym istnieniem takich miejsc i problemem ucieczek z jednostek. Podkreślił, że samowolne opuszczenie służby nie usprawiedliwia złego traktowania.
Jak to oceniam
Po pierwsze, procedury. Zatrzymywanie żołnierzy, którzy uciekli z jednostek, jest w państwie prowadzącym wojnę obronną konieczne. Piwnenko sam mówi, że Gwardia odnajduje i przywraca do służby mniej więcej połowę uciekinierów. Ale zatrzymanie musi spełniać elementarne standardy: mieć jasną podstawę prawną, odbywać się w miejscu o określonym statusie, z imiennym rejestrem osób, badaniem lekarskim przy przyjęciu, dokumentacją obrażeń i realnym dostępem do prawnika i rzecznika praw żołnierzy. Prywatny dom z piwnicą, poza strukturą koszar i ośrodków szkolenia, z definicji rodzi ryzyko nadużyć i podejrzeń, nawet jeśli nikt w nim nikogo nie bije. Zapowiedź Budanowa pokazuje, że w Kijowie też to rozumieją: problem dotyczy systemu, a nie jednego adresu.
Po drugie, obrażenia. To jedyny twardy fakt w tej sprawie i nie można go zamknąć zapewnieniem, że wszystko było w porządku. Obrażenia mogły powstać przy zatrzymaniu na blokadzie, wcześniej albo w budynku. Rozstrzygnąć to mogą tylko obdukcja, dokumentacja z chwili przyjęcia każdej osoby i przesłuchania prowadzone przez organ niezależny od jednostki. Dlatego dobrze, że pracuje Państwowe Biuro Śledcze, a nie wyłącznie komisja wewnętrzna. Deklaracje zatrzymanych składane przed kamerą w obecności przełożonych mają niewielką wartość dowodową. Okrzyki tłumu i nagrania nieznanego pochodzenia też nie są dowodem.
Po trzecie, zarządzanie kryzysem. Przez kilka godzin w przestrzeni publicznej dominowały transmisje z Telegramu, a oficjalne komunikaty sprowadzały się do zaprzeczeń. To klasyczny błąd. Samo dementi wobec tłumu, który widzi siniaki na nagraniach, tylko podnosi temperaturę. Przyjazd Budanowa sytuację uspokoił, ale to, że szef Kancelarii Prezydenta musi osobiście negocjować z ludźmi pod bramą wiejskiego domu, świadczy o tym, jak głęboki jest kryzys zaufania wokół mobilizacji. Argument Piwnenki, że lokalizacja została ujawniona i może stać się celem rosyjskiej rakiety, jest wojskowo zasadny. Wyjaśnień jednak nie zastępuje.
Po czwarte, bezpieczeństwo na miejscu. Szturm na teren wojskowy, cegły, gaz, strzały niewiadomego pochodzenia i zamaskowane grupy, do których nikt się nie przyznaje, to sytuacja, w której łatwo o tragedię. Każda ze stron może w niej przypisać przemoc drugiej. Ustalenie, kim byli ludzie w kominiarkach i kto strzelał, jest dla mnie równie ważne jak wyjaśnienie obrażeń żołnierzy.
Po piąte, warstwa informacyjna. W tej sprawie realny problem nakłada się na elementy typowe dla operacji wpływu: wyolbrzymione liczby, informatorkę podszywającą się pod nieistniejącą placówkę medyczną, natychmiastowe nagłośnienie przez polityka przebywającego w Rosji i przez rosyjskie media państwowe. Dla Moskwy to idealny materiał: uderza w zaufanie do mobilizacji, w morale i w wizerunek Ukrainy na Zachodzie. Ale to, że Rosja sprawę wykorzystuje, nie oznacza, że cała historia jest zmyślona. Najlepszą odpowiedzią na dezinformację jest rzetelne i jawne śledztwo, a nie zapewnienie, że nic się nie stało.
Moja ocena na dziś
Z wysoką pewnością uważam, że w domu przetrzymywano żołnierzy zatrzymanych po ucieczce z jednostek i że co najmniej czterech z nich miało obrażenia. Potwierdza to sama Gwardia Narodowa.
Z umiarkowaną pewnością uważam, że warunki przetrzymywania i sposób traktowania zatrzymanych odbiegały od standardów. Wskazują na to obrażenia, nagrania ze śladami pobicia, słowa dowódcy Gwardii o „problemie” i zapowiedź przeglądu takich miejsc.
Zarzut systematycznych tortur pozostaje niepotwierdzony, a moja pewność jest tu niska. Opiera się głównie na relacjach osób, których wiarygodność została podważona, i na nagraniach bez ustalonego pochodzenia.
Za nieprawdziwe uznaję, z umiarkowaną pewnością, doniesienia o ofierze śmiertelnej i o 40 zakładnikach.
Nie wiadomo, kto strzelał, kim byli zamaskowani mężczyźni i kto pobił dziennikarza.
Każdy, wobec kogo padają w tej sprawie zarzuty, korzysta z domniemania niewinności. Będę śledził wyniki obdukcji, decyzje Państwowego Biura Śledczego i ustalenia grupy roboczej. Do tego czasu proszę o jedno: zanim udostępnicie kolejne „wstrząsające nagranie”, sprawdźcie, kto je opublikował i kiedy powstało.
