Holenderska Wojskowa Służba Wywiadu i Bezpieczeństwa (MIVD) miała od początku 2018 r. podglądać ekran iPhone'a Jareda Kushnera, zięcia i doradcy Donalda Trumpa, a przy okazji zobaczyć, jak loguje się on do rachunku w banku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, na który z Azerbejdżanu wpłynęły setki milionów dolarów. Tak twierdzi amerykański dziennikarz śledczy Matthew Cole w książce „Princes and Thieves”, której fragment 22 października 2026 r. opublikował „Vanity Fair”. Według autora drogę do telefonu otworzył Holendrom przewerbowany haker rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU. Kushner nazywa te zarzuty „kompletnie szalonymi”, jego prawnicy zapowiadają pozew, MIVD odmawia komentarza, a holenderscy dziennikarze, którzy przez kilka lat sprawdzali tę historię, nie zdołali jej potwierdzić.
Książka, która trafiła w środek negocjacji
Publikacja ukazała się w wyjątkowo niewygodnym dla Białego Domu momencie. Jared Kushner w drugiej kadencji Donalda Trumpa nie ma formalnego stanowiska doradcy, jak w latach 2017–2021, ale występuje jako specjalny wysłannik prezydenta. Jest jednym z głównych negocjatorów w sprawie Strefy Gazy, rozmów o wojnie w Ukrainie i relacji z Iranem, na co zwraca uwagę holenderski nadawca publiczny NOS. 17 sierpnia 2026 r. Kushner spotkał się w Jerozolimie z prezydentem Izraela Icchakiem Herzogiem i Nikołajem Mładenowem, wysokim przedstawicielem tzw. Rady Pokoju (Board of Peace), czyli struktury nadzorującej realizację 20-punktowego planu Trumpa dla Gazy, co odnotowała kancelaria prezydenta Izraela. W ostatnich dniach, jak podaje „Washington Examiner”, Kushner rozmawiał w Kairze z przywódcą Hamasu Chalilem al-Hajją, a następnie z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu o demilitaryzacji Gazy.
W tym kontekście tekst Matthew Cole'a uderza w kwestię zasadniczą: czy człowiek prowadzący dziś w imieniu Stanów Zjednoczonych najważniejsze rozmowy na Bliskim Wschodzie miał kilka lat temu dostęp do pieniędzy rodzin panujących w Arabii Saudyjskiej i Emiratach. I czy jego telefon był wówczas otwartą księgą dla co najmniej dwóch obcych służb – rosyjskiej i holenderskiej.
Książka „Princes and Thieves: Jared Kushner and Mohamed bin Zayed's Secret Plot to Remake the Middle East” (w wolnym przekładzie: „Książęta i złodzieje. Tajny spisek Jareda Kushnera i Mohameda bin Zajeda, który miał przebudować Bliski Wschód”) liczy 320 stron. Według strony wydawnictwa Simon & Schuster ukazała się 27 października 2026 r. nakładem imprintów Atria i One Signal Publishers. Wydanie brytyjskie w miękkiej oprawie, jak wynika z oferty Amazon, zaplanowano na 19 listopada 2026 r.
Kim jest autor
Matthew Cole nie jest debiutantem. Od ponad dwudziestu lat zajmuje się bezpieczeństwem narodowym, przede wszystkim tajnymi wojnami i programami operacyjnymi USA. Pracował jako producent śledczy w ABC News i NBC News, przez lata był reporterem portalu The Intercept. Jest też autorem książki „Code Over Country: The Tragedy and Corruption of SEAL Team Six” o nadużyciach w elitarnej jednostce amerykańskiej marynarki wojennej, którą laureat Nagrody Pulitzera James Risen nazwał „niezwykłą” – podaje Simon & Schuster.
Dorobek autora nie przesądza o prawdziwości nowych ustaleń, ale ma znaczenie przy ocenie ich wagi. Cole to dziennikarz z udokumentowanym doświadczeniem w pracy na źródłach w środowisku służb, a nie autor sensacyjnych publikacji bez zaplecza. Tym bardziej istotne jest, że kluczowe elementy jego relacji opierają się wyłącznie na anonimowych informatorach.
Jak miała przebiegać operacja
Najważniejsze dla czytelnika zainteresowanego służbami jest opisane przez Cole'a tło wywiadowcze. W fragmencie opublikowanym przez „Vanity Fair” autor przyznaje, że historię usłyszał po raz pierwszy późną wiosną 2020 r. od źródła, które uważał za wiarygodne. Brzmiała ona – jak sam pisze – „niedorzecznie”. Pół roku później, rozmawiając z inną osobą o wykorzystywaniu najemników przez Emiraty, zapytał ją na próbę o przelewy Kushnera z emirackiego konta. Rozmówca zamilkł, a potem odpowiedział: „Tak”. Kolejne cztery lata zajęło mu, jak twierdzi, odtworzenie całości.
Przewerbowany haker GRU
Według Cole'a pod koniec 2017 r. MIVD ustaliła, że do Wielkiej Brytanii zmierza na misję szpiegowską funkcjonariusz GRU – Zarządu Głównego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, czyli rosyjskiego wywiadu wojskowego. Miał to być haker działający w tzw. dark webie (ukrytej części internetu, dostępnej wyłącznie przez specjalne oprogramowanie) i specjalizujący się w wykradzionych danych bankowych. Holendrzy poprosili Brytyjczyków o zgodę na zatrzymanie go po przylocie. Brytyjczycy się zgodzili.
Rosjaninowi postawiono, jak relacjonuje autor, dwie możliwości. Mógł pracować dla Holendrów przeciwko własnej służbie albo zostać aresztowany przez Brytyjczyków, usłyszeć zarzut szpiegostwa i w razie skazania spędzić lata w więzieniu. Wybrał – jak ironicznie pisze Cole – „zmianę pracodawcy”. W żargonie służb to klasyczny werbunek pod przymusem, w którym groźba odpowiedzialności karnej staje się narzędziem pozyskania tzw. osobowego źródła informacji, czyli człowieka przekazującego służbie wiedzę od wewnątrz organizacji przeciwnika.
Warto doprecyzować jeden szczegół. Portal NL Times określa tego człowieka jako „byłego” funkcjonariusza GRU i „uciekiniera”. Z relacji Cole'a wynika jednak coś innego: Rosjanin nie zbiegł na Zachód, lecz został przewerbowany i – jeśli wierzyć autorowi – nadal miał dostęp do systemów macierzystej służby. To fundamentalna różnica. Uciekinier przynosi ze sobą wiedzę, którą zdobył wcześniej. Agent pozostawiony na miejscu (w terminologii anglosaskiej agent in place) daje dostęp do bieżących operacji przeciwnika.
Serwer w Rostowie
W tym samym roku, według książki, przewerbowany Rosjanin udostępnił Holendrom jeden z najbardziej wrażliwych zasobów GRU. Był to zdalny serwer w Rostowie nad Donem, na którym zespół hakerski i cybernetyczny rosyjskiego wywiadu wojskowego przechowywał część zdobyczy. Przeszukując te pliki, holenderscy analitycy trafili na zrzuty ekranu z iPhone'a Jareda Kushnera – pisze Cole w „Vanity Fair”.
Jeśli ta część relacji jest prawdziwa, oznaczałoby to, że rosyjski wywiad wojskowy miał wgląd w telefon jednego z najbliższych współpracowników prezydenta USA w pierwszym roku jego kadencji. Byłby to fakt o ogromnym znaczeniu kontrwywiadowczym, niezależnie od wszystkiego, co Cole pisze o pieniądzach.
Furtka w iPhonie X
Zespół hakerski MIVD w Hadze próbował – jak opisuje autor – odtworzyć metodę, którą Rosjanie przełamali zabezpieczenia telefonu. Kushner używał wówczas najnowszego modelu, iPhone'a X, wprowadzonego na rynek w listopadzie 2017 r. i wyposażonego w system rozpoznawania twarzy Face ID, który Apple promował jako przełom w bezpieczeństwie. Holendrzy, jak to obrazowo ujmuje Cole, próbowali „sforsować zamek w drzwiach”, gdy zrozumieli, że Rosjanie mogli wejść przez „otwarte okno”. Na początku 2018 r. MIVD znalazła podatność (lukę w oprogramowaniu, którą można wykorzystać do nieuprawnionego dostępu) dającą wejście do urządzenia.
Dostęp nie był pełny. Cole zaznacza, że niektóre rodzaje złośliwego oprogramowania pozwalają zamienić telefon w mikrofon i kamerę, zdalnie go włączać i wyłączać, pobierać i podkładać pliki. Holenderskie rozwiązanie tego nie umożliwiało. Służba widziała jedynie ekran, gdy Kushner korzystał z telefonu. Niemal od razu zaczęła jednak rejestrować każdy obraz i archiwizować go na własnych serwerach.
Fragment książki nie mówi, jak długo trwał ten dostęp. Nie wyjaśnia też, czy i kiedy Holendrzy poinformowali o sprawie sojuszników, przede wszystkim Amerykanów. Brak tej informacji jest jedną z najpoważniejszych luk w opublikowanej części relacji.
Rachunek „Alfa”: pieniądze z Azerbejdżanu
Obserwując ekran telefonu, holenderscy analitycy mieli zobaczyć, jak Kushner loguje się do rachunku w banku w Emiratach. Zanim MIVD uzyskała wgląd w urządzenie, na konto wpłynęły już setki milionów dolarów z banku w Azerbejdżanie. Pierwsza ocena Holendrów była taka, że rachunek wiąże się z tamtejszym rządem. „Dla hakerów MIVD rachunek bankowy stał się zagadką wywiadowczą do rozwikłania” – pisze Cole, cytowany także przez NOS. Autor dodaje, że niemal wszystko, czym MIVD się wtedy zajmowała, miało „posmak rosyjskiego spisku”, a holenderska służba – podobnie jak agenci FBI i prokuratorzy pracujący dla specjalnego prokuratora Roberta Muellera, który badał rosyjską ingerencję w wybory 2016 r. – znała tylko fragment historii.
Dalsza część opowieści nie pochodzi już z obserwacji MIVD, lecz z innych źródeł autora. Według Cole'a rachunek, który nazywa „Alfa”, prowadzono w First Abu Dhabi Bank, największym banku Emiratów, któremu przewodniczył Tahnun bin Zajed, brat Mohammeda bin Zajeda (MBZ) i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego ZEA. Od 2017 r. Saudyjczycy i Emiratczycy mieli przelać na ten rachunek około 750 mln dolarów. Środki miały służyć jako fundusz polityki zagranicznej, nadzorowany i częściowo zarządzany przez Kushnera i MBZ.
Cole cytuje anonimowego rozmówcę, który miał rozmawiać o tym układzie z wysokimi rangą przedstawicielami ZEA i Izraela: „Jared szukał drogi na skróty w swojej dyplomacji. Obiecał MBZ, że będzie forsował ich agendę u Trumpa, jeśli wezmą udział w funduszu. Chciał normalizacji z Izraelem, żeby biznes mógł ruszyć”. Ten sam informator mówi, że takie nieoficjalne fundusze to w państwach Zatoki powszechna forma korupcji: „Emiratczycy i Saudyjczycy robią to raz w roku. Miliard czy dwa to dla nich nic, a jeśli dostają to, czego chcą, to są to dobrze wydane pieniądze”.
Jak działa „azerbejdżańska pralnia”
Cole poświęca sporo miejsca mechanizmowi przepływu pieniędzy. Pisze, że bank centralny Azerbejdżanu utrzymuje wysokie rezerwy w dolarach, a jednocześnie nie przestrzega najwyższych standardów przejrzystości. Niektóre banki w tym kraju mają, według autora, sprawdzone, choć nieogłaszane praktyki obsługi dużych transferów. Klient z Arabii Saudyjskiej czy ZEA wysyła riale lub dirhamy, a bank z innego, wewnętrznego rachunku przelewa równowartość w dolarach na wskazane konto, pobierając prowizję rzędu 6–7 proc. Dla audytora taki obrót jest – jak pisze Cole – nie do odczytania. Pobieżna analiza, jaką Holendrzy mieli przeprowadzić, pokazywała jedynie przelewy z rachunku powiązanego z rządem Azerbejdżanu na konto w Dubaju.
Tę część relacji należy oddzielić od reszty. Azerbejdżan rzeczywiście pojawiał się w głośnych śledztwach dotyczących prania pieniędzy, ale opis mechanizmu w książce ma charakter ogólny i nie jest poparty w opublikowanym fragmencie żadnym dokumentem bankowym.
Fundacja jako przykrywka
Kluczowy szczegół, którego według autora Holendrzy nie widzieli, dotyczy właściciela rachunku. Kushner nie miał być jego posiadaczem, lecz osobą uprawnioną do dysponowania środkami (signatory) na koncie należącym do emirackiej fundacji Watani Al Emarat. Cole pisze, że w 2017 r. kierował nią Dherar Belhoul Al Falasi, technokrata i członek Federalnej Rady Narodowej ZEA, a fundacja – oprócz deklarowanej działalności – służyła jako przykrywka dla finansowania tajnych operacji wojskowych i wywiadowczych Emiratów za granicą, w tym programów zakupu uzbrojenia. Status organizacji charytatywnej miał sprawiać, że jej międzynarodowe transakcje budziły mniej podejrzeń.
Dla porównania: oficjalne cele fundacji, określone w ustawie nr 7 z 2018 r. emiratu Dubaj, to m.in. wzmacnianie emirackiej tożsamości narodowej wśród dzieci i młodzieży, promowanie wolontariatu oraz dialogu międzykulturowego i międzyreligijnego. Nic w dostępnych dokumentach nie potwierdza drugiej, ukrytej funkcji, o której pisze Cole. Prawnik Kushnera zaprzeczył, by jego klient znał Al Falasiego, miał jakikolwiek związek z fundacją Watani czy z rachunkiem w banku w ZEA – podaje „Vanity Fair”.
Watażka, najemnik i były zabójca
Najbardziej sensacyjny element relacji pochodzi od pierwszego informatora Cole'a. Według niego Kushner przelewał znaczne kwoty z rachunku w Dubaju innym osobom, „w tym watażce, najemnikowi i byłemu płatnemu zabójcy”, co przytacza „Vanity Fair”. W opublikowanym fragmencie nie pada żadne nazwisko odbiorcy tych pieniędzy. Opis książki przygotowany przez wydawcę wymienia jednak jako sojuszników przedsięwzięcia Erika Prince'a, byłego szefa prywatnej firmy wojskowej Blackwater, który – jak to ujęto – „zbierał armie najemników do wynajęcia”, oraz „byłego zabójcę CIA”. Związek tych postaci z konkretnymi przelewami pozostaje w opublikowanym materiale niewyjaśniony. Zarzut ten należy traktować jako niezweryfikowany.
Rachunek „Beta” i bank centralny Izraela
Cole twierdzi, że rachunek „Alfa” nie był jedyny. Według niego MBZ i Mohammed bin Salman (MBS), następca tronu Arabii Saudyjskiej, początkowo rozmawiali z Kushnerem o funduszu przekraczającym 10 mld dolarów, który miał wspierać cele polityki zagranicznej administracji – autor podaje nawet przykład finansowania muru na granicy z Meksykiem. Pomysł upadł, gdy MBZ zaczął zabiegać o poparcie Waszyngtonu dla starań MBS o pozycję następcy tronu. Ostatecznie obaj, a później już tylko MBZ, mieli wpłacić co najmniej 2 mld dolarów na co najmniej dwa rachunki przeznaczone dla Kushnera.
Drugi z nich, nazwany przez autora „Beta”, miał zostać zasilony do wiosny 2018 r. kwotą około 1 mld dolarów, przekazaną przez MBZ do Izraela, ponownie przez Azerbejdżan. Według rozmówcy Cole'a premier Netanjahu zachęcił Kushnera do ulokowania tych środków w Banku Izraela, czyli banku centralnym, gdzie wyglądałyby na rachunek rządowy. Ponieważ bank centralny nie prowadzi kont osobistych i stosuje zasadę „dwóch kluczy” (każdy przelew wymaga autoryzacji dwóch uprawnionych osób), Netanjahu miał wymagać, by Kushner informował go o każdej transakcji. Pośrednikiem miał być ówczesny ambasador USA w Izraelu David Friedman. Według źródła znającego sprawę przeznaczenie tych pieniędzy było „osobiste”, a znaczną ich część przelano przez banki na Cyprze. Cole przyznaje, że nie wiadomo, czy Holendrzy mieli jakikolwiek wgląd w ten rachunek – relacjonuje „Vanity Fair”.
Autor wspomina też o trzecim rachunku, również w banku centralnym Izraela. Miał on być swego rodzaju funduszem obronnym, z którego ZEA miały pokryć koszty izraelskiej pomocy w razie zmasowanego ataku Iranu, wynegocjowanej przez Kushnera w ramach tajnego wówczas zbliżenia obu państw.
David Friedman stanowczo zaprzecza. „Nie wiem absolutnie nic o tych zarzutach, a konkretne twierdzenia o mnie lub mojej rzekomej roli w tym rzekomym schemacie są w stu procentach fałszywe” – powiedział cytowany przez „Vanity Fair”. Prawnik Kushnera stwierdził, że „nie ma żadnych kont i nigdy nie było”.
Wymiar prawny w USA
Cole wskazuje, że choć funkcja starszego doradcy prezydenta była nieodpłatna, Kushner był pracownikiem administracji federalnej. Co roku musiał składać jawny i poufny raport finansowy, w tym formularz 278e (Executive Branch Personnel Public Financial Disclosure Report), a jako osoba z dostępem do informacji niejawnych miał obowiązek ujawnić każdy rachunek, do którego miał prawo dysponowania lub z którego czerpał korzyści. Czterech byłych wysokich rangą urzędników pierwszej administracji Trumpa – dwóch doradców ds. bezpieczeństwa narodowego, szef personelu Białego Domu i były dyrektor CIA – miało powiedzieć autorowi, że nic nie wiedzieli o jakiejkolwiek zgodzie prezydenta na dostęp Kushnera do rachunku obcego rządu – czytamy w „Vanity Fair”.
Autor przywołuje też byłego prokuratora z zespołu Muellera. Ten ocenia, że jeśli Kushner obiecał MBZ i MBS cokolwiek w zamian za pieniądze – nawet jedynie rozmowę z teściem – mógł naruszyć federalne przepisy o łapownictwie oraz ustawę FARA (Foreign Agents Registration Act), która nakłada obowiązek rejestracji w Departamencie Sprawiedliwości na osoby działające w USA na rzecz obcego mocarstwa. Prawnik Kushnera zaprzecza, by jego klient złamał jakiekolwiek prawo w czasie pracy w Białym Domu, i podkreśla, że Kushner nie zawierał z zagranicznymi przywódcami żadnych porozumień, na które nie zgodziłby się prezydent i które nie leżałyby w interesie USA.
Dlaczego te zarzuty brzmią znajomo
Nawet jeśli konkretne ustalenia Cole'a pozostają niepotwierdzone, nie biorą się z próżni. Już 27 lutego 2018 r., czyli dokładnie w okresie, którego dotyczy rzekoma operacja MIVD, „Washington Post” informował, powołując się na obecnych i byłych urzędników znających raporty wywiadu, że przedstawiciele co najmniej czterech państw – ZEA, Chin, Izraela i Meksyku – prywatnie rozmawiali o tym, jak wykorzystać złożone interesy biznesowe Kushnera, jego trudności finansowe i brak doświadczenia w polityce zagranicznej. CNBC, streszczając tamtą publikację, odnotował obawy w samym Białym Domu, że Kushner jest „naiwny i dał się oszukać” w rozmowach z zagranicznymi rozmówcami.
Cole przypomina w tym kontekście, że rodzinna firma Kushner Companies zmagała się wtedy ze zbliżającym się terminem spłaty kredytu rzędu miliarda dolarów zaciągniętego pod biurowiec przy 666 Fifth Avenue na Manhattanie.
Drugi wątek to relacje finansowe Kushnera z państwami Zatoki po odejściu z administracji. Senacka Komisja Finansów USA pod przewodnictwem Rona Wydena ustaliła, że saudyjski Fundusz Inwestycji Publicznych (PIF) zobowiązał się powierzyć założonej przez Kushnera firmie Affinity Partners 2 mld dolarów i płaci jej roczną opłatę za zarządzanie w wysokości 1,25 proc. tej kwoty. Według listu Wydena z 24 września 2024 r. komitet inwestycyjny PIF miał zastrzeżenia co do doświadczenia zarządu Affinity, ale rada funduszu pod kierunkiem MBS zatwierdziła inwestycję. Senator uznał, że może to być próba zdobycia przychylności Kushnera lub nagroda za politykę USA wobec Arabii Saudyjskiej w pierwszej kadencji Trumpa. Ten wątek jest udokumentowany, ale dotyczy legalnie działającej firmy inwestycyjnej i nie potwierdza w żaden sposób istnienia rachunków opisanych przez Cole'a.
Odpowiedź Kushnera i Białego Domu
Reakcja była natychmiastowa i wyjątkowo ostra jak na zazwyczaj powściągliwego Kushnera. W oświadczeniu opublikowanym na platformie X napisał, że zarzuty autora są „kompletnie szalone, kategorycznie fałszywe i nigdy nie miały miejsca” – cytuje Newsweek. „Zaprzeczyliśmy każdemu z tych twierdzeń oficjalnie, a autor nie przedstawił ani jednego weryfikowalnego dowodu. Nie dostarczono żadnych wyciągów bankowych, potwierdzeń przelewów, numerów rachunków, dat transakcji ani innych szczegółów, które mogłyby poprzeć te nadzwyczajne oskarżenia” – podkreślił, co odnotowała również stacja CBS News.
Kushner przypomniał, że w okresie, którego dotyczą zarzuty, był przedmiotem intensywnego zainteresowania mediów, kilku dochodzeń Kongresu i śledztwa specjalnego prokuratora, a zeznawał łącznie ponad 30 godzin. „Żaden z tych zarzutów nigdy się nie pojawił, ponieważ żadne z tych zdarzeń nigdy nie miało miejsca. To oburzające fabrykacje przedstawiane jako dziennikarstwo śledcze. To nie jest dziennikarstwo. To mieszanka fantazji, fikcji i aktywizmu” – napisał, co przytacza portal VINnews.
Jego prawnik Chad Mizelle, były szef gabinetu w Departamencie Sprawiedliwości, poinformował, że jeszcze przed publikacją wysłał do Simon & Schuster 13-stronicowy list, w którym kategorycznie zaprzeczył zarzutom i wskazał na brak dowodów. Zapowiedział kroki prawne wobec „odpowiedzialnych” – podaje „Washington Examiner”. W sobotę 24 października, jak relacjonuje „The Hill”, kancelaria formalnie wezwała „Vanity Fair” i wydawnictwo Condé Nast w związku z „fałszywymi i zniesławiającymi” zarzutami. Według Newsweeka prawnik odpowiadał na pytania redakcji już w maju 2026 r., pisząc, że Kushner „nie ma wiedzy o żadnych takich rachunkach ani z nimi związku”.
Do sprawy odniósł się także prezydent. Pytany przez dziennikarzy przed Białym Domem, Donald Trump powiedział: „To fałszywa historia. Całkowicie fałszywa historia. To były po prostu fake newsy” – relacjonuje Newsweek. Dyrektor ds. komunikacji Białego Domu Steven Cheung użył języka znacznie mniej dyplomatycznego. Nazwał tekst „Vanity Fair” – posługując się wulgaryzmem – fragmentem „całkowicie fikcyjnej” książki, „sfabrykowanej przez wypaczony umysł nieudanego autora thrillerów szpiegowskich”, który „nie przedstawia żadnych dowodów ani nawet strzępu dokumentacji, tylko tajemnicze słowa anonimowych źródeł” – cytuje CBS News.
Haga milczy, holenderscy dziennikarze nie potwierdzają
Holenderska strona reaguje zgodnie z tradycją służb. MIVD poinformowała NOS, że nie wypowiada się na temat metod pracy, stanu wiedzy ani źródeł – podaje NOS. Rzecznik ministerstwa obrony, któremu podlega MIVD, przekazał dziennikowi NRC, że resort „nigdy nie wypowiada się publicznie na temat stanu wiedzy i metod pracy naszych służb”. Podobną odpowiedź otrzymał dziennik „Algemeen Dagblad”, jak odnotował serwis Tweakers. Taka formuła nie jest ani potwierdzeniem, ani zaprzeczeniem.
Znacznie ważniejsza jest inna informacja, którą podał NOS, a którą wiele zagranicznych relacji pominęło. Redakcja programu „Nieuwsuur” wspólnie z dziennikiem „de Volkskrant” przez ostatnie lata prowadziła szeroko zakrojone dziennikarskie dochodzenie w sprawie twierdzenia, że MIVD miała dostęp do telefonu Kushnera. Dziennikarze rozmawiali z wieloma osobami bezpośrednio zaangażowanymi. „Nie znaleziono potwierdzenia tej historii” – napisał NOS, co powtórzył branżowy portal Dutch IT Channel.
To nie jest dowód, że opowieść jest nieprawdziwa. Brak potwierdzenia w środowisku, które z definicji chroni swoje operacje, jest typowy. Ale ma to szczególną wagę właśnie dlatego, że tandem „Nieuwsuur” i „de Volkskrant” to zespół o wyjątkowej skuteczności w ujawnianiu operacji holenderskich służb. W styczniu 2018 r. „de Volkskrant” opisał, jak połączony zespół AIVD (cywilnej Generalnej Służby Wywiadu i Bezpieczeństwa) i MIVD, znany jako JSCU (Joint Sigint Cyber Unit, wspólna jednostka wywiadu elektronicznego i cybernetycznego), w 2014 r. przeniknął do sieci rosyjskiej grupy hakerskiej Cozy Bear (APT29), powiązanej z wywiadem cywilnym SWR, i obserwował jej działania – a nawet obraz z kamer w jej biurach – w czasie rzeczywistym. Amerykański „Observer”, streszczając tamtą publikację, przypomniał, że to Holendrzy powiadomili NSA o włamaniu Rosjan do sieci Departamentu Stanu w listopadzie 2014 r.
Jeśli ten sam zespół, z dostępem do ludzi w holenderskim środowisku wywiadowczym, przez lata nie zdołał potwierdzić relacji Cole'a, każdy rzetelny odbiorca powinien to uwzględnić.
MIVD kontra GRU – historia, która uwiarygadnia tło
Opowieść Cole'a zyskuje na wiarygodności w jednym aspekcie: holenderski wywiad wojskowy rzeczywiście w tamtym okresie skutecznie działał przeciwko GRU i miał w tym zakresie bliską współpracę z Brytyjczykami. 13 kwietnia 2018 r. MIVD udaremniła w Hadze operację czterech oficerów rosyjskiego wywiadu wojskowego, którzy z samochodu zaparkowanego obok siedziby Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) próbowali włamać się do jej sieci Wi-Fi. Była to – jak określono na konferencji prasowej 4 października 2018 r. – „operacja hakerska bliskiego dostępu” (close access hack operation). Według oficjalnych oświadczeń holenderskiego ministerstwa obrony Rosjanie przylecieli na Schiphol 10 kwietnia z paszportami dyplomatycznymi, a po udaremnieniu operacji jeszcze tego samego dnia zostali wydaleni z kraju. Holendrzy, wbrew swojej praktyce, ujawnili szczegóły tej sprawy w koordynacji z Amerykanami i Brytyjczykami – przypomniał serwis SecurityWeek, cytując raport roczny MIVD, w którym służba ostrzegała przed „niepokojącymi” ofensywnymi działaniami cybernetycznymi Rosji i Chin.
Ten kontekst niczego nie przesądza o Kushnerze. Pokazuje jednak, że opisana przez Cole'a sytuacja – holenderska służba prowadząca operacje przeciwko cyberstrukturom GRU, przy ścisłej współpracy z Londynem – nie jest sama w sobie nieprawdopodobna.
Czy MIVD mogła legalnie podglądać telefon Amerykanina
Jeśli operacja miała miejsce, rodzi pytania także w samej Holandii. Holenderskie służby od 1 maja 2018 r. działają na podstawie ustawy o służbach wywiadu i bezpieczeństwa z 2017 r. (Wet op de inlichtingen- en veiligheidsdiensten 2017, Wiv 2017). Jej art. 45 daje im tzw. uprawnienie hakerskie, czyli prawo do rozpoznawania cech technicznych systemów informatycznych i przenikania do nich. Użycie tego uprawnienia wymaga zgody ministra, którą następnie ocenia niezależna Komisja ds. Oceny Uprawnień (TIB, Toetsingscommissie Inzet Bevoegdheden). Procedurę tę dobrze ilustruje orzeczenie holenderskiej Rady Stanu z 2026 r. w sporze między ministrem obrony a TIB o zgodę na operację MIVD.
Problem polega na tym, że opisany przez Cole'a dostęp miał zostać uzyskany „na początku 2018 r.”, czyli w okresie, gdy obowiązywała jeszcze poprzednia ustawa z 2002 r. Dlatego zastosowanie miałyby jej przepisy. W obu reżimach operacja przeciwko telefonowi wysokiego rangą urzędnika sojuszniczego państwa wymagałaby decyzji na poziomie politycznym i podlegałaby kontroli Komisji Nadzoru nad Służbami Wywiadu i Bezpieczeństwa (CTIVD). Gdyby relacja się potwierdziła, pytanie, kto w Hadze wydał zgodę i czy poinformowano Waszyngton, byłoby co najmniej tak samo istotne jak pytanie o pieniądze.
Nieścisłości w relacjach medialnych
Zestawienie oryginalnego fragmentu książki z doniesieniami prasowymi ujawnia kilka nieścisłości, które warto wyjaśnić.
Po pierwsze, NL Times pisze, że celem układu była normalizacja relacji z Izraelem przez „wymuszenie przełomu w wojnie w Strefie Gazy”. W 2017 i 2018 r. nie toczyła się jednak wojna w Gazie w obecnym rozumieniu – rozpoczęła się ona po ataku Hamasu 7 października 2023 r. NOS precyzyjniej mówi o „przełomie w konflikcie izraelsko-palestyńskim”, a sam Cole o „wielkiej ugodzie” mającej zakończyć ten konflikt.
Po drugie, NL Times nazywa Mohammeda bin Zajeda „prezydentem Emiratów”. To prawda dziś, ale w latach 2017–2018, których dotyczą zarzuty, był on następcą tronu Abu Zabi i faktycznym przywódcą kraju. Prezydentem ZEA został w maju 2022 r.
Po trzecie, część mediów, w tym Tweakers, napisała o „saudyjskiej” fundacji charytatywnej. Według Cole'a chodzi o fundację emiracką, finansowaną przez rząd ZEA.
Po czwarte, holenderski dziennik „Reformatorisch Dagblad” podał, że podgląd ekranu trwał „od 2017 r.”, podczas gdy z fragmentu książki wynika, że w 2017 r. przewerbowano hakera, a sam dostęp do telefonu MIVD uzyskała na początku 2018 r.
Ocena wiarygodności
Poniższa ocena została sporządzona według skali stosowanej w amerykańskiej dyrektywie wspólnoty wywiadowczej ICD 203, w której wysoki poziom pewności oznacza solidne, wielokrotnie potwierdzone podstawy, umiarkowany – wiarygodne, ale niepełne źródła, a niski – informacje fragmentaryczne, pochodzące z pojedynczych lub trudnych do zweryfikowania źródeł.
Wysoki poziom pewności. Matthew Cole opublikował w książce wydanej przez Simon & Schuster i we fragmencie w „Vanity Fair” twierdzenia, że MIVD miała dostęp do telefonu Kushnera, a Kushner miał dostęp do rachunków zasilanych przez władców ZEA i Arabii Saudyjskiej. Kushner, jego prawnik, David Friedman, Biały Dom i prezydent Trump kategorycznie temu zaprzeczają. MIVD i holenderskie ministerstwo obrony odmawiają komentarza. MIVD w 2018 r. prowadziła skuteczne działania przeciwko cyberoperacjom GRU we współpracy z Wielką Brytanią.
Umiarkowany poziom pewności. Kushner w czasie pracy w Białym Domu był postrzegany przez obce rządy, w tym ZEA i Izrael, jako cel podatny na wpływ, co potwierdzają doniesienia z 2018 r. oparte na raportach amerykańskiego wywiadu. Jego późniejsze relacje biznesowe z saudyjskim PIF są udokumentowane w korespondencji Senatu USA.
Niski poziom pewności. Twierdzenia, że GRU przechowywała zrzuty ekranu z telefonu Kushnera na serwerze w Rostowie, że MIVD sama uzyskała podgląd ekranu i że zaobserwowała logowanie do rachunku w First Abu Dhabi Bank. Opierają się one wyłącznie na anonimowych źródłach autora, nie zostały potwierdzone przez żadną inną redakcję, a wieloletnie dochodzenie „Nieuwsuur” i „de Volkskrant” nie przyniosło potwierdzenia. Jeszcze niższy poziom pewności dotyczy rachunku „Beta” w banku centralnym Izraela, roli ambasadora Friedmana, przelewów na Cypr oraz przelewów do „watażki, najemnika i byłego zabójcy” – w opublikowanym fragmencie nie przedstawiono żadnych dokumentów, a części tych informacji, jak przyznaje sam autor, Holendrzy w ogóle nie widzieli.
Ograniczenia poznawcze. Analiza opiera się na opublikowanym fragmencie książki i relacjach prasowych, nie na pełnym tekście. Nie wiadomo, czy w książce znajdują się dokumenty lub dodatkowe źródła. Nie są znane tożsamość ani motywacje informatorów Cole'a. Nie można wykluczyć, że część relacji jest prawdziwa, a część zniekształcona lub przesadzona – w tym, że MIVD widziała rachunek, ale jego charakter był inny, niż przedstawia autor.
Co dalej
Najbliższe tygodnie pokażą, czy sprawa zakończy się na wymianie oświadczeń. Zapowiedziany pozew Kushnera mógłby paradoksalnie zmusić autora i wydawcę do ujawnienia części materiału dowodowego w toku postępowania. W Holandii pytania o to, czy MIVD rzeczywiście prowadziła taką operację wobec przedstawiciela sojuszniczego państwa i kto ją zatwierdził, mogą trafić do parlamentu i komisji nadzoru, choć odpowiedzi – zgodnie z praktyką – zostaną zapewne udzielone wyłącznie na posiedzeniu niejawnym. W Waszyngtonie, gdzie Kushner pozostaje kluczowym negocjatorem w sprawie Gazy, Ukrainy i Iranu, opozycja zapewne wróci do pytania, które od 2018 r. nigdy nie zostało ostatecznie wyjaśnione: kto i w jaki sposób mógł mieć wpływ na zięcia prezydenta.
Niezależnie od tego, jak zakończy się spór o pieniądze, w relacji Cole'a jest jeden element, który powinien niepokoić każdego zajmującego się kontrwywiadem. Jeśli choć w części jest prawdą, telefon jednego z najważniejszych ludzi w otoczeniu prezydenta USA był w latach 2017–2018 dostępny zarówno dla rosyjskiego wywiadu wojskowego, jak i dla sojuszniczej służby. To pytanie o bezpieczeństwo komunikacji najwyższych urzędników państwa – również tych, którzy dziś prowadzą rozmowy o losach wojny w Ukrainie.
