Kiedy Filip Czaja opublikował na naszym portalu pierwszy materiał dotyczący Anny Siewierskiej, internet zawrzał. Nie dlatego, że artykuł ujawniał jakieś sensacyjne dokumenty ani że formułował jednoznaczne oskarżenia. Zawrzał, bo zaczął porządkować wiedzę o kobiecie, o której porządkować wiedzy najwyraźniej nie wolno. Reakcja środowiska skupionego wokół Siewierskiej i Radosława Grucy była gwałtowna, emocjonalna i pozbawiona jakiejkolwiek merytorycznej polemiki. Panika tam, gdzie powinna być spokojna dyskusja, mówi więcej niż niejeden dokument.
Nie ma żadnego konfliktu. Jest gra, którą opisujemy
Zanim przejdę do meritum, muszę odnieść się do pojęcia, które wciąż wraca w dyskusjach o naszej relacji z Radosławem Grucą. Chodzi o słowo "konflikt". To słowo sugeruje symetrię, wymianę ciosów, spór dwóch stron o zbliżonych możliwościach i podobnych intencjach. Nic takiego tutaj nie zachodzi i nigdy nie zachodziło.
Radosław Gruca jest w posiadaniu materiału dowodowego, który potwierdza nasze publiczne oświadczenia oraz wyjaśnienia i zeznania złożone w prokuraturze. Świadomie i celowo tych materiałów nie ujawnia, działając przy tym w porozumieniu z innymi osobami, których wspólnym celem jest pozbawienie nas wiarygodności. To nie jest spór. To jest zaplanowane, umyślne działanie.
Przez ponad rok pracowałem razem z Filipem Czają i Radosławem Grucą nad sprawą lubińską. Gruca uzyskał nasze zaufanie, poznał nasze materiały, źródła i nasz stan wiedzy. To Filip pozyskał informatora do nagłośnionego materiału o Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie w Lubinie. To my dostarczyliśmy wiedzy, na której tamto śledztwo zostało zbudowane. Gruca z początku wykazywał prawidłową postawę, jego zaangażowanie wydawało się autentyczne. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło. Zaczął prowadzić grę, której długo nie rozumieliśmy, a której skutki odczuliśmy bezpośrednio na własnej skórze. Dopóki nie upubliczni posiadanych nagrań i nie zaprzestanie działań, wobec których złożono zawiadomienie do prokuratury, będę o tym mówił głośno. Niezależnie od tego, komu to przeszkadza.
Ekspertka z przeszłością i środowiskiem
Próba sprowadzenia sprawy Anny Siewierskiej do kategorii prywatnego konfliktu jest celowym zabiegiem, który ma zamknąć temat, zanim się na dobre otworzy. Siewierska nie jest przypadkową postacią w tej historii. Gruca przez wiele miesięcy traktował ją jako swego rodzaju pomost do środowisk, na które chciał wywierać wpływ lub z których chciał czerpać zasoby. Sugerował, że ma ona realne możliwości oddziaływania na ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka i prokurator Ewę Wrzosek. Obiecywał spotkania, do których nigdy nie dochodziło. Czy to był blef mający powstrzymać nas od samodzielnego działania? Pytanie to pozostaje otwarte, ale samo w sobie jest już diagnostyczne.
Anna Siewierska, do 2023 roku używająca nazwiska Siewierska-Chmaj, jest doktor habilitowaną nauk społecznych i profesorem Uniwersytetu Rzeszowskiego. Przez wiele lat związana była z Wyższą Szkołą Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, gdzie specjalizowała się między innymi w psychologii polityki, polaryzacji społecznej i językoznawstwie politycznym. W latach 2018-2021 pełniła funkcję rektora Wyższej Szkoły Europejskiej im. księdza Józefa Tischnera w Krakowie, uczelni założonej przez Jarosława Gowina. Po 2023 roku znalazła się w składzie Rady Narodowego Programu Humanistyki, co formalizuje jej obecność w orbicie nowej władzy. Działała również w środowisku stowarzyszenia sędziowskiego Iustitia, z którego wywodzi się zarówno minister Waldemar Żurek, jak i prokurator Ewa Wrzosek. Sieć tych powiązań nie musiała oznaczać niczego złego. Ale w połączeniu z innymi elementami tej układanki przestaje być obojętna.
Kariera medialna Siewierskiej rozkwitała w dużej mierze na kanałach Radosława Grucy. Najpierw w Resecie Obywatelskim, potem w Gońcu. Gruca promował ją jako eksperta od polityki, ona zapewniała mu środowiskową legitymizację. Wzajemna promocja jest w mediach zjawiskiem normalnym, ale w tym przypadku nasuwa się pytanie, czy poza widoczną powierzchnią relacji nie kryła się głębsza, bardziej instrumentalna warstwa. Kiedy próbujemy to pytanie zadawać, natrafiamy na mur.
Precyzja języka i znikające ślady
Siewierska od lat słynęła z ostrego, precyzyjnego języka w debacie publicznej. Mówię to bez złośliwości, jako spostrzeżenie o metodzie. Nie chodzi o publicystykę przesyconą emocjami, jaką uprawia wielu komentatorów. Chodzi o świadomą strategię etykietyzacji i ataków personalnych, stosowaną przez osobę, która zawodowo bada mechanizmy dyskursu politycznego i doskonale rozumie, jak działają.
Publicznie oskarżyła europosła PiS Bogdana Rzońcę o romans pozamałżeński. Pomówiła innego europosła, Tomasza Porębę, o toczące się rzekomo śledztwo korupcyjne. Ten wpis usunęła po groźbie pozwu. W pewnym momencie zniknęła cała jej aktywność na platformie X. Ktoś, kto obserwował jej obecność w sieci przez lata, zauważa w tym pewien wzorzec: cel osiągnięty, ślady zatarte. To nie jest zachowanie rozczarowanego komentatora, który zmęczył się trollingiem. To operacyjne podejście do własnej obecności medialnej, które u człowieka z jej wykształceniem i doświadczeniem nie może być przypadkowe.
Osoby, które dziś oskarżają nas o personalne wycieczki i ingerencję w prywatność, przez lata milczały, kiedy Siewierska takie wycieczki systematycznie stosowała wobec innych. To hipokryzja, którą warto nazwać po imieniu.
Ojciec, Moskwa 1987 i mapa podkarpackiej transformacji
Jednym z ważniejszych wątków poruszonych przez Filipa jest postać Zdzisława Siewierskiego, ojca Anny Siewierskiej. Zaznaczamy to wyraźnie: nie stygmatyzujemy nikogo z powodu przeszłości rodzica. Przeszłość rodziców nie jest grzechem dzieci. Ale rozumienie środowiska, w którym ktoś wyrastał i z którego czerpał zasoby, jest absolutnie niezbędne dla właściwego odczytania jego późniejszej drogi. Szczególnie w regionie takim jak Podkarpacie, gdzie sieć powiązań wywodząca się z aparatu PRL przeżyła transformację w wyjątkowo nienaruszonym kształcie.
Dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej wskazują, że Zdzisław Siewierski był zarejestrowany przez KWMO w Rzeszowie już w 1972 roku. W latach 1980-1987 pełnił funkcję przewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej w Rzeszowie. W 1987 roku, na dwa lata przed upadkiem systemu, zapadła decyzja o skierowaniu go na studia do Akademii Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR w Moskwie. W schyłkowym PRL-u takie nominacje nie były przypadkowe ani automatyczne. Były nagrodą za konkretne zasługi, wyrazem zaufania systemu wobec człowieka, który na to zaufanie pracował. W dokumentach IPN figuruje też wzmianka o meldunku sygnalnym, który Siewierski złożył 5 czerwca 1987 roku w ramach sprawy obiektowej o kryptonimie "Młodzież", wieloletniej operacji rozpracowywania środowisk młodzieżowych, w tym harcerskich. Treść tego meldunku pozostaje kwestią do zbadania przez kogoś z pełnym dostępem do archiwów.
Po 1989 roku Zdzisław Siewierski nie zniknął z życia publicznego. Objął stanowisko w Wydziale Gospodarki Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie, zasiadał w zarządach i radach nadzorczych kolejnych spółek, a w październiku 2001 roku premier Leszek Miller mianował go, z rekomendacji SLD, wojewodą podkarpackim. Stanowisko to piastował do marca 2003 roku. To nie jest biografia człowieka, który po zmianie systemu odciął się od dawnych układów. To droga kogoś, kto w nowych warunkach zachował i pomnożył swój kapitał polityczny. Zjawisko dobrze znane z historii polskiej transformacji, szczególnie wyraziste w regionach, gdzie bliskość granicy wschodniej i specyficzne zaplecze służbowe czyniły nieformalne sieci wyjątkowo trwałymi.
Warto przy tej okazji zauważyć coś szerszego. W całej Polsce transformacja przyniosła zjawisko zakładania spółek przez byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, którzy przykrywali swą dalszą działalność kołderką nowo powstałych podmiotów gospodarczych. Zajmowaliśmy się jedną z takich spółek we Wrocławiu w ramach współpracy z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Mechanizm był wszędzie podobny: stary kapitał relacyjny, nowe formy prawne, ciągłość operacyjna.
Spółka, o której wszyscy milczą
Kiedy Filip Czaja opublikował swój artykuł, dyskusja skupiła się niemal wyłącznie na jednym błędzie, który sami niezwłocznie sprostowaliśmy: nieprawdziwej informacji o byłym małżonku Siewierskiej. O spółce BWP Discret nie padło ani słowo. Ta cisza jest bardziej wymowna niż jakikolwiek komentarz.
BWP Discret Sp. z o.o. to podmiot zajmujący się działalnością detektywistyczną, działający na przełomie lat 90. i 2000. W Polsce tamtego okresu tego rodzaju firmy były naturalnym przystankiem dla byłych funkcjonariuszy służb i bezpieczeństwa, szukających legalnych form aktywności, które pozwalały korzystać z wypracowanych przez lata kontaktów i zasobów informacyjnych. Skład osobowy BWP Discret mówi sam za siebie.
W strukturach spółki znajdowali się Bronisław Buniowski, były dowódca ZOMO i wieloletni szef Policji Prewencyjnej w Rzeszowie, Janusz Wilk, wysoki funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, który po pozytywnej weryfikacji objął stanowisko dyrektora rzeszowskiej delegatury Urzędu Ochrony Państwa, poprzednika ABW, oraz Ryszard Krasoń, były funkcjonariusz SB, który trafił do UOP, a w 2003 roku pełnił funkcję dyrektora delegatury ABW w Rzeszowie. Krasoń odwołany został w atmosferze napięć między lokalną siecią SLD a centralą w Warszawie.
Janusz Wilk pojawia się jeszcze w jednym, późniejszym kontekście, który warto odnotować. W lipcu 2014 roku był jedną z osób zatrzymanych przez CBA w śledztwie dotyczącym powoływania się na wpływy w instytucjach państwowych. W tym samym śledztwie pojawiła się postać posła PSL Jana Burego, jednego z ważniejszych węzłów w narracji afery podkarpackiej.
Wśród osób powiązanych ze spółką był również Stanisław Pieprzny, adwokat zasiadający w zespole recenzenckim pisma "Security View". W tym samym gronie recenzenckim pojawiała się Anna Siewierska. Widniał tam także prof. Wojciech Horyń z Akademii Wojsk Lądowych, oficer, który pojawia się w spółce odpadowej założonej przez Filipa Olenderka, postaci kluczowej dla afery lubińskiej. Nie twierdzę, że wszystkie te osoby łączyły bezpośrednie relacje operacyjne. Twierdzę, że łączyło je to samo środowisko, ten sam ekosystem, w którym określone kontakty zawiązują się w naturalny sposób i utrzymują długo po formalnym rozpadzie struktur, które je zrodziły.
Afera, której nikt nie zbadał do końca
Sprawy Anny Siewierskiej nie da się właściwie zrozumieć bez szerszego kontekstu podkarpackiego. Od lat jest to osobny rozdział w historii polskich służb i polityki, rozdział wyjątkowo trudny do czytania, bo fragmentaryczny i celowo rozproszony.
Afera podkarpacka przez długi czas funkcjonowała w przestrzeni publicznej niemal wyłącznie przez pryzmat narracji budowanej przez kilka konkretnych osób. Radosław Gruca był jednym z jej głównych narratorów i przez wiele lat konsekwentnym obrońcą Wojciecha Janika. W grudniu 2025 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Janika za składanie fałszywych zeznań, fałszywe oskarżenia i ujawnienie informacji niejawnych. Sąd uznał między innymi, że zeznania dotyczące rzekomej płyty wideo mającej dokumentować kompromitujące spotkanie ówczesnego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego były niewiarygodne, a sama płyta nigdy nie została odnaleziona. Pozostałe wątki afery, te dotyczące działalności agencji towarzyskich przy granicy ukraińskiej, zaangażowania polityków i funkcjonariuszy służb oraz środowiskowych układów na Podkarpaciu, pozostają niedomknięte.
Pytanie, które zadajemy, brzmi następująco: czy Gruca, funkcjonując przez lata jako główny narrator tej historii i zagorzały obrońca Janika, działał wyłącznie w roli dziennikarza? Nie stawiamy tu tezy ani nie formułujemy wyroku. Zaznaczamy, że to pytanie wymaga odpowiedzi, i to odpowiedzi publicznej.
Sam Gruca relacjonował nam, że podczas jednej z prywatnych imprez organizowanych przez Annę Siewierską czuł się obserwowany i identyfikował zainteresowanie ze strony Wojskowych Służb Specjalnych. Był tego świadomy. Wiedział, w jakim środowisku się obraca. Kreowanie go dziś na naiwnego, prostolinijnego działacza, któremu po prostu zależy na dobru publicznym, jest narracją, która rozśmieszyłaby każdego, kto był przy nim przez rok tamtego śledztwa.
Droga do prawdy
Artykuł Filipa nie był aktem oskarżenia. Był pierwszą mapą, zestawem punktów wymagających domknięcia, roboczym katalogiem pytań, które środowisko rzeszowskie woli zostawić bez odpowiedzi. Odpowiedź na ten materiał okazała się jednak znamienna: panika, moralne szantaże, próby dyskredytacji przez wyciąganie naszych wypowiedzi z kontekstu. Nikt nie odniósł się do spółki BWP Discret. Nikt nie skomentował dokumentów IPN. Polemika sprowadziła się do jednego błędu, który sami sprostowaliśmy bez zwłoki.
Po publikacji zgłosiło się do nas kilka osób ze środowiska rzeszowskiego, wskazując konkretne informacje i konkretne nazwiska. Każdy trop zostanie sprawdzony. Śledztwo będzie kontynuowane, bo im głośniejsza reakcja na samą próbę porządkowania wiedzy o Siewierskiej, tym więcej powodów, żeby tę wiedzę pogłębiać i tym mocniejsze przekonanie, że jest co pogłębiać.
Jeśli mają Państwo informacje dotyczące Anny Siewierskiej i chcą się nimi podzielić, zapraszam do kontaktu z nami. Chronimy źródła. Gwarantujemy anonimowość.

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy...
Dodaj komentarz
Twój e-mail będzie widoczny tylko dla administratora. Wszystkie komentarze są moderowane i pojawią się po akceptacji.