Przez wiele miesięcy czekałem. Zbierałem materiały, obserwowałem, analizowałem. Patrzyłem na to, jak człowiek, który miał pomóc ujawnić jedną z najpoważniejszych afer ostatnich lat, konsekwentnie i metodycznie robił wszystko, żeby to ujawnienie się nie wydarzyło. Dziś mówię o tym wprost, z pełną odpowiedzialnością za każde słowo i z gotowością do udowodnienia każdego twierdzenia w prokuraturze. Sprawa Radosława Grucy to nie jest historia upadłego dziennikarza. To jest historia działającej agenturze, chronionej przez środowiska, które mają żywotny interes w tym, żeby prawda o Lubinie nigdy nie wyszła na jaw.
Mechanizm, który rozpoznałem
Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Radosławem Grucą w kontekście afery lubińskiej, rozmawiałem z kimś, kto sprawiał wrażenie dziennikarza z prawdziwego zdarzenia. Człowieka, który zna kulisy, ma kontakty, wie, jak działa system. Szybko okazało się, że to wrażenie było starannie zbudowane i równie starannie podtrzymywane, bo jego jedynym zadaniem była kontrola nas i naszych działań, a nie ujawnianie czegokolwiek.
Podstawowym narzędziem było powoływanie się na wpływy. Nie raz, nie dwa, nie w jednej rozmowie, lecz systematycznie, przy każdej okazji, kiedy pojawiało się ryzyko, że zaczniemy działać samodzielnie lub zbyt głośno. Słyszeliśmy z Filipem Czają o "dojściach" w Ministerstwie Sprawiedliwości, o prywatnych, niemal intymnych relacjach z prokurator Ewą Wrzosek, o znajomościach z parlamentarzystami, o bezpośrednich kontaktach z osobami z najbliższego otoczenia ministra Waldemara Żurka. Całości nadawany był wydźwięk wyjątkowości i niedostępności, tak jakby Gruca był jedynym człowiekiem w Polsce, przez którego można dotrzeć tam, gdzie naprawdę zapadają decyzje.
Mechanizm jest prosty i skuteczny wobec osób, które desperacko szukają przebicia się ze swoją sprawą. Kiedy wierzysz, że ktoś ma realne wpływy tam, gdzie ty nie masz dostępu, zaczynasz na niego czekać. Odkładasz własne inicjatywy. Wierzysz obietnicom. I właśnie o to chodzi, o unieruchomienie, o utrzymanie cię pod przysłowiowym kamieniem, jak to sam Gruca lubił określać naszą sytuację. Tyle że kamień leżał dokładnie tam, gdzie on go sam położył. Z pełną premedytacją.
W środowiskach wywiadowczych ten schemat jest dobrze znany. Nie wymaga szczególnych zdolności ani zasobów. Wymaga tylko ofiary, która jest wystarczająco zmotywowana, żeby wierzyć, a my byliśmy zmotywowani, bo sprawa lubińska jest sprawą, o którą walczymy od lat, z pełną świadomością jej wagi. Gruca to wiedział i to wykorzystywał. Z tej perspektywy jego działania oceniam nie jako dziennikarstwo, lecz jako prymitywną, nastawioną na szybki efekt operację psychologiczną, przekalkulowaną na bardzo krótki horyzont czasowy.
Śledztwo, które prowadziło donikąd
Jako sygnalista afery lubińskiej złożyłem wiele zawiadomień do prokuratury. Postępowania były wszczynane, ale bardzo szybko umarzane, co samo w sobie jest wymowne i co wymaga osobnego zbadania. Chciałem, żeby Gruca realnie włączył się w te działania, skontaktował z prokuratorami prowadzącymi postępowania i przeprowadził rozmowy, które mogłyby wzmocnić wyjaśnienie sprawy. Dałem mu do tego wszelkie narzędzia.
Przekazałem mu bezpośrednie adresy mailowe i numery służbowe prokurator Patrycji Chojnackiej-Zakrzewskiej z Prokuratury Okręgowej w Legnicy. Dałem mu kontakt do prokurator Karoliny Stockiej-Mycek, naczelnik I Wydziału Śledczego Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu. Zaoferowałem własne wsparcie w organizacji tych spotkań, gotowość do przedstawienia go właściwym osobom i ułatwienia każdego kroku. Przez wiele miesięcy Gruca nie wykonał w tym kierunku żadnego ruchu. Żadnego telefonu, żadnego maila, żadnego spotkania. Jakby tych kontaktów nigdy nie dostał.
Zamiast tego wracał jak bumerang do tych samych obietnic: że za chwilę "zepnie wagoniki", że "przebije szklany sufit", że to on dotrze do właściwych ludzi we właściwy sposób. Realne postępowania prokuratorskie z moich zawiadomień były dla niego praktycznie nieistotne. Interesował go wyłącznie jeden motyw: stenogramy. Wracał do nich przy każdej okazji, skupiając się na przekonaniu odpowiednich osób z otoczenia ministra Żurka, że są autentyczne. To był jego jedyny punkt ciężkości i jedyna oś, wokół której kręciło się jego rzekome śledztwo.
Ten szczegół jest kluczowy, bo doskonale odsłania charakter jego działania. Dziennikarz śledczy napędzany misją ujawnienia prawdy wybrałby się do prokuratury. Operator dbający o kontrolę narracji skupia się na tym, co najważniejsze dla jego zleceniodawcy, w tym przypadku na przekierowaniu całej sprawy na boczny tor i odwróceniu uwagi od faktów, które mogą realnie zagrozić właściwym osobom.
Jednocześnie Gruca aktywnie zniechęcał nas do jakiejkolwiek samodzielnej aktywności medialnej. Mówił, że media internetowe nic nam nie dadzą, że bez dużych mediów sprawa nie ruszy z miejsca. Tymczasem sam od dawna nie pojawiał się w żadnych czołowych tytułach. Człowiek, który blokował nam wyjście do przestrzeni publicznej, sam dawno zniknął z przestrzeni, w której rzekomo miał nam otwierać drzwi. Ten dysonans nie był przypadkowy. Był integralną częścią schematu.
Harłukowicz, Mulik i złamana tajemnica dziennikarska
Centralne miejsce w tej historii zajmuje Jacek Harłukowicz. To on nagrał mnie bez mojej wiedzy i zgody, traktując mnie jako informatora i dysponenta materiałów, po czym przekazał stenogram tej rozmowy osobie będącej w konflikcie prawnym ze mną. Ta osoba bezprawnie się nim posłużyła. Mówimy o rażącym złamaniu tajemnicy dziennikarskiej, o instrumentalizacji źródła i o działaniu, które przy zachowaniu elementarnych standardów środowiskowych powinno wywołać natychmiastową reakcję izb i stowarzyszeń dziennikarskich. Na razie tej reakcji nie ma.
Harłukowicz od lat funkcjonuje w polskim dziennikarstwie jako postać utożsamiana z śledztwami budzącymi poważne polityczne kontrowersje. To nie zwalnia go z odpowiedzialności za postępowanie wobec własnych źródeł. Wręcz przeciwnie: skala jego wpływów i zasięg jego materiałów sprawiają, że to, czego się dopuścił, jest tym groźniejsze. Każde źródło, które w przyszłości zechce mu zaufać, powinno wiedzieć, jak traktował je wcześniej.
Na tym tle pojawia się Wojciech Mulik. Radosław Gruca przez długi czas opisywał go w prywatnych rozmowach jako człowieka całkowicie zdominowanego przez Harłukowicza, wpatrzonego w niego jak w obraz, niegodnego zaufania. Te opinie padały swobodnie, w rozmowach, kiedy Gruca był pod wpływem środków odurzających. Słyszałem je wielokrotnie i nie jeden raz. Używał wobec Mulika określeń wskazujących na całkowitą pogardę i jednoznaczne odczytanie roli, jaką pełni w tym środowisku. A potem zobaczyłem, jak ci dwaj siadają razem przed kamerą, żeby nagrać materiał wymierzony we mnie i Filipa Czaję.
Ten materiał, opublikowany na kanale Gońca na kilka dni przed tym, jak Gruca otrzymał wypowiedzenie z tej redakcji, bo tak to naprawdę wyglądało, nie jako jego suwerenna decyzja o odejściu, był pozbawiony jakiejkolwiek merytoryki. Zbudowany z epitetów, pozbawiony argumentów, oparty na powielaniu narracji Wojciecha Czuchnowskiego i próbie zdezawuowania nas przez śmiech, z łatką "prowokatorów" i "oszustów". Co najważniejsze, kompletnie pomijał istotę tego, co podnosimy: złamanie przez Harłukowicza tajemnicy dziennikarskiej, przekazanie stenogramu mojej rozmowy osobie trzeciej i sposób, w jaki ten stenogram został następnie bezprawnie wykorzystany. Ani słowa o tym. Jakby tego tematu w ogóle nie było.
Mówi się, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Radosław Gruca kończy swoją przygodę z Gońcem dokładnie tak, jak można się było spodziewać po człowieku, który przez lata zamiast dziennikarstwa uprawiał coś zupełnie innego.
Kim w tej operacji jest Radosław Gruca
Nie mam już żadnych wątpliwości co do roli, jaką Radosław Gruca odegrał w naszej sprawie i mam ku temu silne przesłanki, w wielu innych. Mamy do czynienia z mediaworkerem realizującym agendę Centralnego Biura Antykorupcyjnego, działającym wspólnie i w porozumieniu z Jackiem Harłukowiczem, który w mojej ocenie jest kolejnym, świadomym współpracownikiem tej instytucji. Wojciech Mulik uzupełnia ten układ jako narzędzie, którego rola, choć jeszcze nie w pełni rozpoznana, staje się coraz czytelniejsza.
To są poważne twierdzenia i jestem gotowy je przed prokuratorem uzasadnić. Schemat działania, który opisuję, powoływanie się na wpływy, blokowanie samodzielności sygnalistów, trzymanie pod kamieniem, kontrola nad zasobem dowodowym, finalny atak personalny zamiast merytoryki, jest schematem rozpoznawalnym dla każdego, kto zna metodologię pracy operacyjnej. To nie jest schemat nieudolnego dziennikarza. To jest schemat operatora, który miał konkretne zadanie i wykonywał je przez długi czas bez żadnej przeszkody.
Co niepokoi mnie jeszcze bardziej niż sam Gruca, to pytanie, które zadaję sobie głośno: kto go przez cały ten czas prowadził i czy na pewno wyłącznie CBA? Kiedy patrzy się na całość tej historii z lotu ptaka, na środowiska, w których się obraca, na kontakty, które utrzymuje, na sposób, w jaki funkcjonuje, obraz przestaje być jednowymiarowy. Nie posądzam Grucy o świadome zarządzanie złożonymi operacjami. To raczej działanie podświadome, reaktywne, nastawione na szybki efekt. Ale podświadome działanie też może być prowadzone przez kogoś, kto wie, co robi. To jest pytanie, które powinno już krążyć w stosownych instytucjach i które powinno stać się przedmiotem poważnej weryfikacji.
Środki odurzające, "leczenie ADHD" i bezpieczeństwo państwa
Kwestii środków odurzających nie można zbagatelizować, bo nie jest to wyłącznie sprawa obyczajowa ani zdrowotna. To jest kwestia bezpieczeństwa państwa i trzeba powiedzieć to wprost. Radosław Gruca publicznie odniósł się do stawianych mu zarzutów, tłumacząc, że przyjmuje substancje psychoaktywne w ramach "leczenia ADHD". Nie mi oceniać, co kto i jak leczy. Podkreślam jednak jedno: narracja, w której amfetamina jest przedstawiana jako normalny, codzienny lek, jest narracją krzywdzącą dla osób, które naprawdę zmagają się z poważnymi schorzeniami i wymagają specjalistycznego leczenia, a niebezpieczną dla każdego, kto tę narrację może przyjąć bezkrytycznie. Jeżeli istnieją instytucje monitorujące tego rodzaju przekazy w mediach, izby lekarskie, organy nadzoru, powinny zabrać głos. Warto też zauważyć, że nawet jeśli dana substancja posiada legalną etykietę i numer rejestracji, nie wyklucza to jej nadużywania i stosowania jako narkotyku. Wystarczy umiejętnie wypisana recepta.
Drugi wymiar tej sprawy jest ważniejszy z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Uzależnienie od środków psychoaktywnych, niezależnie od tego, jakie nosi nazwy, jest w metodologii wywiadowczej klasycznym kryterium doboru i werbunku. Uzależnienie tworzy zależność, zależność daje kontrolę, a kontrola daje możliwość prowadzenia takiej osoby jako zasobu. To jest podstawa kontrwywiadu, nie teoria, lecz powtarzalny schemat udokumentowany w dziesiątkach przypadków na całym świecie.
Mówimy o człowieku, który powołuje się na kontakty z prokuratorami, politykami i ministrami, który obraca się w środowiskach wrażliwych z punktu widzenia bezpieczeństwa informacyjnego, który ma dostęp do materiałów, nagrań i stenogramów mogących mieć poważne znaczenie dla toczących się postępowań i który jednocześnie ma wyraźny problem z substancjami, problem, którego albo nie kryje, albo kryje nieudolnie i krzywdząco dla innych. Jak możliwe jest, że przy tych kontaktach, przy tej ekspozycji, przy tym zakresie działania, nikt tego nie monitoruje? Kto na to pozwolił i kto to chroni? Ktoś te pytania musi postawić. Ja je stawiam.
Wojciech Janik, afera podkarpacka i dzieci jako narzędzie
Oddzielnym, choć ściśle powiązanym wątkiem jest relacja Radosława Grucy z Wojciechem Janikiem. Janik zastraszał Jana Pińskiego i mu groził. Posunął się przy tym do czegoś, co przekracza wszelkie granice: do używania dzieci, cudzych dzieci, jako narzędzia w swojej osobistej wojnie. To nie jest spór redakcyjny ani różnica poglądów. To jest postępowanie, które powinno interesować prokuraturę, a nie recenzentów mediów.
Gruca i Janik tworzą duet, którego wewnętrzna dynamika jest dla mnie do końca nierozpoznana i właśnie dlatego niepokojąca. Nie wiem, kto kogo prowadzi. W mojej ocenie, mówię to ostrożnie, bo chcę być precyzyjny, a nie spekulatywny, nie wykluczam, że żadne z nich nie jest tu tak naprawdę sternikiem. Że obaj są figurami poruszanymi przez kogoś, kto pozostaje poza kadrem i kto ma żywotny interes w tym, żeby ta konkretna para twarzy absorbowała uwagę opinii publicznej i przykrywała to, co naprawdę istotne.
W kontekście afery podkarpackiej nie twierdzę, że tam nic się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że wydarzyło się tam bardzo dużo, a ciężar tych zdarzeń jest poważny. Mam jednak obawę, że Janik wspierany przez Grucę ma za zadanie dokładnie to samo, co Gruca robił w aferze lubińskiej: przyćmić realne zdarzenia, rozmyć ciężar sprawy, zastąpić twarde fakty wojnami personalnymi, które w końcu nudzą opinię publiczną. Dokładnie ta sama metoda. Dokładnie ten sam efekt.
Warto też zapytać publicznie Andrzeja Rozenka, który siadał przed kamerą z Grucą: czy miał pełną świadomość, z kim współpracuje? Czy wiedział, z czego utrzymuje się Gruca poza redakcją Gońca, jakie relacje utrzymuje i jakie metody jest skłonny wykorzystywać? To pytania bez złośliwości. To pytania, których odpowiedź jest ważna dla oceny całości obrazu.
Anna Siewierska i środowisko, które trzeba opisać z imienia
Jest jeszcze jeden wątek, do którego wrócimy znacznie szerzej w kolejnych materiałach, ale którego pominąć nie mogę już teraz. Chodzi o relację Radosława Grucy z Anną Siewierską, do niedawna Siewierską-Chmaj, i środowiskiem, które reprezentuje. Środowiskiem rzeszowskim, postbezpieczniackim, używam tego słowa świadomie, z pełnym rozeznaniem co do jego znaczenia i konsekwencji.
Kiedy robi się rachunek wszystkiego razem: powiązań Grucy z CBA, jego powoływania się na wpływy w prokuraturze i ministerstwach, jego kontaktów ze środowiskiem Siewierskiej, jego relacji z Janikiem, jego problemu z substancjami, przestajemy mieć do czynienia z przypadkowym zbiorem wątpliwych okoliczności. Zaczynamy mieć do czynienia z czymś, co ma strukturę.
Twierdzę, że bez dokładnego opisania tej struktury, bez zmapowania relacji Grucy z Anną Siewierską, bez zrozumienia, czym jest jej środowisko i skąd pochodzi, bez analizy przepływu informacji w tym kręgu, nie da się rzetelnie ocenić pełnego zakresu ryzyk. To jest fundament, od którego każda poważna analiza musi się zacząć. I to jest fundament, który zamierzamy szczegółowo opisać w kolejnych publikacjach.
Żurek, Ministerstwo Sprawiedliwości i hamulec, który ktoś wciska
Nominacja Waldemara Żurka na stanowisko ministra sprawiedliwości była przyjęta z nadzieją przez wielu, w tym przeze mnie. Żurek był jedną z twarzy oporu wobec bezprawia czasów PiS, człowiekiem, który osobiście zapłacił cenę za nieposłuszeństwo i który nie skapitulował pod presją. Miał wiedzieć z własnego doświadczenia, czym jest instrumentalizacja wymiaru sprawiedliwości i jakie są jej konsekwencje dla konkretnych ludzi.
Po upływie pewnego czasu trzeba jednak postawić uczciwe pytanie, bo cisza nie jest tu neutralna: co sprawia, że kluczowe sprawy nie dochodzą do końca? Zawiadomienia były składane i umarzane. Postępowania wszczynane i gdzieś znikające. Mechanizmy, które miały działać, nie działały. I w tym kontekście pojawia się narracja Grucy, który przedstawiał siebie jako osobę mającą pełny wgląd i nieformalny wpływ na to, co dzieje się w najbliższym otoczeniu ministra.
Jeżeli te deklaracje nie były blefem, jeżeli Gruca faktycznie miał dostęp lub wpływ na to środowisko, mamy do czynienia z poważnym problemem systemowym. Ktoś stosujący metody, które opisuję w tym tekście, wywierał wpływ na funkcjonowanie instytucji, która powinna rozliczać patologie służb i polityków. Jeżeli natomiast był to blef, to funkcjonował on przez długi czas bez żadnej weryfikacji i bez żadnych konsekwencji. Oba scenariusze są niepokojące i oba wymagają równie szczegółowego wyjaśnienia. Mam nadzieję, że zawiadomienie, które składam, skłoni prokuraturę do zadania tych pytań.
Co dalej i dlaczego właśnie teraz
Informuję publicznie: składam zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przez Radosława Grucę przestępstwa powoływania się na wpływy, w zakresie jego deklaracji dotyczących relacji z prokuraturą, Ministerstwem Sprawiedliwości, Ministerstwem Rozwoju oraz konkretnymi osobami życia publicznego. Wszystkie okoliczności, które opisuję, będą elementem materiału dowodowego. Dysponuję nagraniami, korespondencją i stenogramami dokumentującymi to, co piszę. Szczegółów nie będę tu uprzedzał, bo te trafią do prokuratury, a nie do artykułów.
Przez długi czas powstrzymywałem się od upublicznienia tych wątków. Liczyłem na to, że Gruca zachowa się jak dziennikarz, a nie jak operator. Że wykorzysta dostęp do naszych dokumentów i materiałów do tego, żeby doprowadzić do realnych rozliczeń, a nie do ich zablokowania. Ta nadzieja okazała się złudna. To nie jest wyrok wydawany w emocjach. To jest ocena, do której doszedłem po miesiącach obserwacji, porównywania obietnic z działaniami i analizowania każdego jego kroku.
Materiał nagrany przez Grucę z Mulikiem był dla mnie momentem granicznym. Nie dlatego, że mnie dotknął personalnie. Dlatego, że odsłonił mechanizm w całej jego nagości: kiedy nie ma już co ukrywać, kiedy zlecenie zmierza ku końcowi, pozostaje tylko atak. Bez argumentów, bez faktów, bez odniesienia do istoty sprawy. Sam atak, epitety i próba zniszczenia wiarygodności tych, którzy wiedzą za dużo.
To nie zadziała. Dysponujemy zbyt dużą ilością materiałów, żeby zamknąć nam usta kilkoma epitetami. W kolejnych publikacjach na Odtajnione.com i Wieści24.pl pokażemy, jak w praktyce wyglądało "śledztwo dziennikarskie" Radosława Grucy w aferze lubińskiej, jakie obietnice składał, jakich działań zaniechał i jakie mechanizmy realizował. Pokażemy to w oparciu o dowody, nie o słowa.
Radosław Gruca jest ledwie wierzchołkiem góry lodowej pełnej afer i historii wymagających szczegółowego wyjaśnienia.

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy...
Dodaj komentarz
Twój e-mail będzie widoczny tylko dla administratora. Wszystkie komentarze są moderowane i pojawią się po akceptacji.