13 maja 2026 r. sprawa „afery lubińskiej” weszła w nową fazę. Policja pojawiła się na adresach powiązanych z Filipem Czają i Łukaszem Bugajskim, podejmując czynności zmierzające do ich zatrzymania w śledztwie dotyczącym nielegalnej inwigilacji prowadzonej na polecenie kpt. ABW Marcina Pilipa. Nie był to jednak zwykły epizod procesowy. Wraz z czynnościami doręczono postanowienie, z którego wprost wynika, że wspomniany oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest podejrzany o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą.
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że przez wiele miesięcy państwo nie reagowało właściwie na zgłoszenia Łukasza Bugajskiego. Zamiast odrębnego audytu, natychmiastowego zawieszenia osób obciążonych materiałem i realnej ochrony sygnalistów, następowało przekazywanie pism „według właściwości” pomiędzy departamentami ministerstw i wydziałami prokuratury. Ostatecznie cały materiał dowodowy został skanalizowany w Prokuraturze Okręgowej w Legnicy, w ramach jednego postępowania, w którym kwestia odpowiedzialności ABW została w praktyce rozmyta wśród innych wątków śledztwa.
To zaś prowadzi do zasadniczego pytania o strategię, jaką w kontekście zarzutów dla Marcina Pilipa przyjmie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego – w szczególności środowisko powiązane z wrocławską delegaturą i jej obecnym przełożonym mjr. Bartoszem Orawcem. Najwygodniejszym rozwiązaniem dla ABW byłoby uznanie, że istniała jakaś „grupa Pilipa” – nowy „gang przebierańców”, do którego należeli wykonawcy niższego szczebla, podczas gdy przełożeni nie mieli z tymi działaniami nic wspólnego. Taka konstrukcja pozwala odciąć pion służbowy, system nadzoru i pytania o to, kto wiedział, kto akceptował, a kto zaniechał reakcji mimo niepokojących sygnałów.
W tym sensie sprawa Pilipa nie jest wyłącznie sprawą jednego oficera. Jest pytaniem o to, czy polskie państwo potrafi odróżnić chirurgiczne odcięcie chorej kończyny od banalnych prób założenia bandaża, który tylko maskuje infekcję. Jeżeli na końcu usłyszymy, że wszystkiemu winien był pojedynczy kapitan działający „po godzinach”, będzie to oznaczało nie wyjaśnienie afery, lecz jej instytucjonalne przykrycie. W praktyce byłby to komunikat, że służby mogą działać poza prawem, byleby w razie wpadki dało się całość sprowadzić do „czarnej owcy” na końcu łańcucha.
Na koniec warto dodać, że w sprawach dotyczących służb specjalnych świadkowie bywają najbardziej niewygodnym elementem, ponieważ potrafią wskazać nie tylko wykonawcę, ale też architekturę przyzwolenia – ciąg decyzji, zaniechań i politycznych kalkulacji. W tym świetle status Filipa Czai i Łukasza Bugajskiego nabiera szczególnego znaczenia. Są oni zarazem ludźmi uwikłanymi w mechanizm, jak i osobami, które ten mechanizm ujawniły, przekazując materiały organom państwa i opinii publicznej. To oni jako pierwsi opisali operację „Lizbona” od środka, wskazali nazwisko funkcjonariusza i zanieśli dowody do prokuratury.
Można oczywiście próbować przedstawiać ich wyłącznie jako uczestników brudnej gry – wygodnych podejrzanych, na których przeniesie się ciężar odpowiedzialności. Taki opis byłby jednak uproszczeniem, które zaciera najważniejszy wymiar sprawy: odpowiedzialność samej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i przełożonych kpt. Pilipa. Jeżeli państwo zdecyduje się pójść drogą „czarnej owcy, która kierowała grupą przestępczą po godzinach”, będzie to wyraźny sygnał, że w sporze między sygnalistą a służbą wciąż wygrywa logika samoobrony aparatu, a nie standardy demokratycznego nadzoru nad służbami specjalnymi.\
[LIVE] Ujawniamy! Kapitan ABW kierował grupą przestępczą. Łukasz Bugajski, Filip Czaja, Jan Piński

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy...
Dodaj komentarz
Twój e-mail będzie widoczny tylko dla administratora. Wszystkie komentarze są moderowane i pojawią się po akceptacji.