Są narracje wygodne i są narracje prawdziwe, a rzadko kiedy te dwa zbiory się pokrywają. W przypadku afery lubińskiej Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego postawiła na wygodę, a nie na prawdę, i o ile tę strategię można próbować zrozumieć z perspektywy czysto instytucjonalnej, o tyle trudno ją zaakceptować w obliczu faktów, które od miesięcy konsekwentnie wypływają na powierzchnię.
Wersja oficjalna brzmi następująco: kapitan Marcin Pilip, doświadczony oficer kontrwywiadu, przez szereg lat prowadził po godzinach prywatną grupę operacyjną, angażując do niej zasoby osobowe służby, sprzęt i informacje niejawne, zaś całość tego procederu odbywała się poza jakąkolwiek wiedzą i nadzorem instytucji. Redaktor Latkowski odczytał komunikat ABW na antenie i po prostu się zaśmiał, co było jedyną adekwatną reakcją na ten poziom narracyjnej desperacji.
Dekada współpracy, nie epizod
Filip Czaja i ja nie byliśmy przypadkowymi uczestnikami jednorazowego incydentu. Przez niemal dziesięć lat realizowaliśmy operacje pod bezpośrednim kierownictwem kapitana Pilipa, w ramach których zakładaliśmy podmioty gospodarcze będące legendowanymi firmami przykrywkowymi, infiltrowaliśmy środowiska pozostające w zainteresowaniu kontrwywiadu, pozyskiwaliśmy informacje i budowaliśmy siatkę kontaktów wymaganą przez charakter powierzanych nam zadań. Legendowanie, o którym mówię, nie jest pojęciem abstrakcyjnym, lecz precyzyjną metodą operacyjną: polega na tworzeniu wiarygodnej legendy dla osób i podmiotów tak, aby ich rzeczywiste powiązanie ze służbą pozostawało niewidoczne dla środowisk, które mają być przedmiotem zainteresowania. Żadna z tych struktur nie mogła istnieć bez nadzoru i zatwierdzenia na odpowiednim szczeblu hierarchii.
Całość operacji, w której uczestniczyliśmy, znana była pod kryptonimem "Lizbona" i obejmowała działania na obszarze zagłębia miedziowego, Dolnego Śląska, a w swoim zakresie wykraczała daleko poza to, co do tej pory trafiło na łamy mediów. Planujemy całościowe opracowanie naszej historii w formie książki, bo tylko taka forma pozwoli oddać faktyczną skalę i chronologię zdarzeń. Twierdzenie, że siatka licząca dziesiątki osób, prowadzona przez jednego oficera przez dekadę, mogła funkcjonować bez jakiejkolwiek wiedzy przełożonych, jest nie tylko absurdem proceduralnym, lecz obrazą inteligencji każdego, kto choć pobieżnie zna realia działania służb specjalnych.
Kiedy Pierre pracuje po godzinach
Wyobraźmy sobie analogiczną sytuację we Francji. Doświadczony oficer kontrwywiadu zostaje zdemaskowany jako przywódca grupy, która przez dekadę prowadziła równoległe działania z wykorzystaniem zasobów służby, a minister spraw wewnętrznych pojawia się we France 24 z zapewnieniem, że Pierre po prostu pracował po godzinach i nikomu nic do tego. Scenariusz brzmi komicznie, a jednak jego polskim odpowiednikiem jest wypowiedź ministra koordynatora służb specjalnych Tomasza Siemoniaka, który zapytany przez Radosława Grucę o aferę lubińską odparł w istocie: prokuratura się zajmuje, o instytucjonalnym charakterze sprawy mówić nie można. Samo to, że tak ważna kwestia mogła zostać zbyta podobnym komentarzem, jest symptomem głębszego problemu niż jedna afutera w jednej delegaturze.
Oficer regularnie poddawany wewnętrznym ewaluacjom, kontrolom teczek, weryfikacji kontaktów i sprawdzeniom właściwym dla osób na jego szczeblu nie mógłby przez lata prowadzić operacji takiej skali bez wiedzy kogokolwiek w strukturach służby. Kapitan Pilip nie dysponował wiedzą o zagłębiu miedziowym zdobytą dzięki miesięcznemu rozpoznaniu. Odziedziczył sieć kontaktów i dostęp do dokumentów po poprzednikach, co z definicji oznacza, że musiał być w tym czasie prowadzony przez kogoś w hierarchii, kto tę sieć mu przekazał i nad jej eksploatacją sprawował nadzór.
Powiązania, których nie sposób zbagatelizować
Do tej układanki dochodzą elementy, które rozpatrywane osobno mogłyby jeszcze uchodzić za przypadek, ale zestawione razem tworzą obraz trudny do zignorowania. Partnerka kapitana Pilipa, funkcjonariuszka ABW, odpowiadała za osłonę kontrwywiadowczą KGHM-u, czyli strategicznej dla państwa polskiego spółki miedziowej. W tym samym czasie, za kadencji innego kolegi Pilipa pełniącego funkcję bezpieczniaka w tej spółce, doszło do kradzieży srebra na kwoty rzędu miliona złotych. Zbieg okoliczności czy model operacyjny? Pytanie zadaję retorycznie.
Do obrazu należy też postać majora Orawca, który uczestniczył w realizacji zatrzymania Macieja Bodnara w czerwcu 2022 roku, podczas którego w sejfie znaleziono stenogramy dopięte do śledztwa prokuratorskiego. Oficer ten pełni dziś funkcję dyrektora delegatury ABW we Wrocławiu, co zdaniem wielu obserwatorów tej sprawy powinno być co najmniej przedmiotem zainteresowania organu nadzoru. Narracja o samotnym oficerze działającym w próżni instytucjonalnej rozsypuje się w obliczu tego rodzaju personalnych i operacyjnych powiązań.
Wspomnieć należy również o Mariuszu Rydlickim, postaci, której poświęcimy osobny materiał, bo zasługuje na to w pełni, choć w cudzysłowie. Połączenia między poszczególnymi aktorami tej sprawy, geografią ich działań i chronologią zdarzeń układają się w spójny wzorzec, który przeczy przypadkowości.
Kiedy operacja zmienia charakter
Chcę powiedzieć wprost rzecz, o której rzadko się mówi w dyskusji o tej sprawie. Nie ma nic złego w tym, że służba specjalna rejestruje spółkę, która pod przykryciem działalności informatycznej lub detektywistycznej infiltruje środowiska pozostające w jej zainteresowaniu. Nie ma nic złego w tym, że w strukturach takiej spółki ukrywa się współpracowników agencji tak, aby nie mieli widocznego związku z samą instytucją. Znamy to z historii, znamy to ze sprawy Johna Danielsa, który służył za wzorzec metod pracy wywiadowczej przez lata, znamy to z przykładów dziesiątek operacji prowadzonych przez zachodnie służby. Tak właśnie prowadzi się pewne zadania i inaczej po prostu się nie da.
Problem pojawia się w momencie, kiedy cel przestaje być zbieżny z interesem służby i interesem państwa. Przez lata uczestniczyliśmy w operacjach, z których jesteśmy dumni, operacjach o wyraźnie kontrwywiadowczym charakterze, które przyczyniały się do bezpieczeństwa Polski. Punkt zwrotny nastąpił wtedy, gdy kapitan Pilip poinformował nas o nieprawidłowościach w zagłębiu miedziowym i zadeklarował konieczność ich rozpracowania, a gdy już zebraliśmy niezbędne informacje, logika operacji uległa zmianie. Okazało się, że zgromadzona wiedza nie posłuży do ścigania sprawców przestępstw, lecz do ich szantażowania, do wymuszania haraczów z wykorzystaniem faktu, że dysponujemy komprometującymi materiałami. W momencie, gdy zrozumieliśmy, dokąd to zmierza, podjęliśmy jedyną możliwą decyzję: zawiadomiliśmy instytucje i opinię publiczną.
Komunikacja kryzysowa pisana na kolanie
Uderza mnie w tej sprawie nie sama patologia, bo patologie w służbach zdarzają się wszędzie na świecie, ale amatorszczyzna reakcji instytucjonalnej. Komunikat ABW był pisany w pośpiechu, chwilę po tym jak nie udało się nas zatrzymać, i skrojony pod tezę, która miała zamknąć dyskusję zanim się rozgorzeje. Jego autorzy nie zakładali najwyraźniej, że będą musieli się kiedykolwiek z czegokolwiek tłumaczyć, bo gdyby tak myśleli, przygotowaliby coś więcej niż kilka zdań, które mogłyby uchodzić za ironię, gdyby nie to, że były wypowiadane poważnym tonem.
Przypomnijmy, że przez pewien czas kapitan Pilip w ogóle nie istniał, przynajmniej w oficjalnym przekazie. Publikowane przeze mnie w sieci zdjęcia oficera z jego wyjazdów motocyklowych finansowanych przez grupę trzebnickich deweloperów, zdjęcia z jego prywatnych pobytów w Serbii, odbywanych bez wymaganego zgłoszenia przełożonym i deponowania legitymacji, były traktowane jak materializ wywołany z niebytu. Każdy funkcjonariusz służby specjalnej, który opuszcza terytorium kraju, ma obowiązek poinformować o tym fakcie przełożonych i zdeponować legitymację służbową, ponieważ poza granicami może stać się celem działań obcego wywiadu. Niespełnienie tego wymogu nie jest administracyjnym uchybieniem, lecz poważnym naruszeniem podstawowych zasad bezpieczeństwa operacyjnego, które w normalnych okolicznościach kończy się postępowaniem dyscyplinarnym.
Dopiero gdy pojawiły się formalne zarzuty, oficer nagle stał się ważnym aktywem, a medialna wersja kreowana przez Wojciecha Czuchnowskiego zamieniła go w supertajnego funkcjonariusza, o którym przecież mówić nie wolno, bo zagrożone może być bezpieczeństwo państwa. Mechanizm jest przejrzysty: najpierw nieistnienie, potem nadmierne znaczenie, a w tle konsekwentne spychanie sygnalistów w rolę prowokatorów i fałszerzy.
Geopolityczny wymiar wstydu
Chciałbym, żeby ta kwestia wybrzmiewała w każdej dyskusji o tej sprawie: Polska w 2026 roku jest krajem frontowym NATO, krajem prowadzącym intensywne działania kontrwywiadowcze w warunkach aktywnego konfliktu zbrojnego za wschodnią granicą, krajem, którego pozycja geopolityczna jest wyjątkowo eksponowana i wyjątkowo obserwowana. Obce służby, a wiemy doskonale, że ta sprawa jest przez nie śledzona, obserwują następujący obrazek: służba specjalna czterdziestomilionowego kraju najpierw deleguje współpracowników do zadań szczególnie wrażliwych, potem publicznie ich niszczy, kiedy ci ośmielają się zawiadomić o nieprawidłowościach, a na koniec serwuje komunikację kryzysową na poziomie, który wywołuje śmiech w studiu telewizyjnym. Trudno o bardziej dotkliwe połączenie indolencji i arogancji w jednym pakiecie.
Przypomnijmy w tym miejscu, że sprawa od samego początku miała wymiar ogólnopolski: materiały na jej temat publikowały TVN, Onet, Gazeta Wyborcza, redakcja Jana Pińskiego i szereg innych mediów. Żeby być ślepym i głuchym na ten poziom nagłośnienia sprawy i jednocześnie nie zakładać, że jest ona przedmiotem zainteresowania wywiadów obcych państw, to rodzaj intelektualnego odcięcia od rzeczywistości, na który służba odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne państwa po prostu nie może sobie pozwolić.
Dziesięć lat, które mają nic nie znaczyć
Filip Czaja i ja wielokrotnie wykazywaliśmy wolę przekazania naszej wiedzy nowym władzom, które objęły odpowiedzialność za służby po wyborach w 2023 roku. Pisma, wnioski, próby nawiązania dialogu. Cisza. Nie dlatego, że nikt nie czyta, lecz dlatego, że nasza wiedza jest puszką Pandory, której nikt nie chce otwierać, bo jej zawartość dotknęłaby zbyt wielu ludzi na zbyt wielu szczeblach. Nie jest to wytłumaczenie, jest to stwierdzenie faktu, które samo w sobie jest aktem oskarżenia pod adresem instytucji, która deklaruje praworządność jako fundament swojego działania.
Mówię o tym wszystkim z bólem, nie z satysfakcją. Dziesięć lat życia, zdrowia, bezpieczeństwa i spokoju złożonych na ołtarzu działania na rzecz państwa polskiego, i to nie w warunkach biurowego komfortu, lecz w terenie, w środowiskach, w operacjach o realnym ryzyku. W zamian nie oczekiwaliśmy nagród, lecz elementarnego traktowania jako wiarygodni rozmówcy, jako ludzie, którym należy się odpowiedź. Żadne pismo nie doczekało się reakcji, żadna oferta współpracy nie została podjęta, żadna instytucja nie raczyła powiedzieć choćby "nie".
Jesteśmy zmuszeni mówić o tym publicznie, bo nie ma innej drogi. Przypomina mi to Rosję lat dziewięćdziesiątych, gdzie o nieprawidłowościach w strukturach siłowych można było mówić wyłącznie przed kamerą, nigdy przy biurku urzędnika. Mam nadzieję, że ta analogia jest fałszywa. Na razie jednak faktografia mówi co innego, a my nie jesteśmy odosobnionym przypadkiem.

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy...
Dodaj komentarz
Twój e-mail będzie widoczny tylko dla administratora. Wszystkie komentarze są moderowane i pojawią się po akceptacji.