Nie sprawia mi żadnej przyjemności pisanie tego tekstu. Przez długi czas nie chciałem go pisać w ogóle. Byłem gotów zostawić ten rozdział za sobą i skupić się na tym, co najważniejsze, czyli na oczyszczeniu naszego dobrego imienia z Filipem Czają i na doprowadzeniu do odpowiedzialności ludzi, którzy zorganizowali przeciwko nam operację, której celem było nasze zniszczenie.
Radosław Gruca przez bardzo długi czas pozostawał na obrzeżach tej opowieści. Nie dlatego, że jego rola była mała, ale dlatego, że był wystarczająco sprytny, żeby pozostawać nieczytelnym. Dziś jego rola jest już dla mnie jasna. I właśnie dlatego piszę ten tekst.
Chcę, żebyście państwo zrozumieli jedno, zanim przejdę do sedna. Radosław Gruca nie jest po prostu dziennikarzem, który zrobił coś złego, nie wywiązał się z obietnic albo zawiódł jako człowiek. Gruca działał przeciwko nam świadomie, wspólnie i w porozumieniu z innymi, w sposób absolutnie wyrachowany, z pobudek zasługujących na szczególne potępienie, narażając na niebezpieczeństwo zarówno mnie i Filipa, jak i nasze rodziny.
Dziś Gruca dysponuje nagraniami, które mogłyby doprowadzić do serii zatrzymań. Zamiast je ujawnić, wybrał wymowne milczenie.
Początek
Moją historię z Radosławem Grucą rozumiem dziś inaczej niż rozumiałem ją jeszcze kilka miesięcy temu. Wiedziałem, skąd pochodzi i w jakim towarzystwie się obraca. Wiedziałem, że utrzymuje bliskie relacje z Wojciechem Janikiem i wiedziałem to między innymi dlatego, że Jan Piński, który zna to środowisko od wewnątrz znacznie dłużej ode mnie, opowiadał mi o tej relacji wprost. To właśnie Piński poznał Janika w mieszkaniu Grucy. Ich zażyłość była na tyle bliska, że Gruca zostawiał Janikowi klucze i powierzał mu całe mieszkanie pod opiekę. Szokujące nie było tylko to. Szokujące było i pozostaje, że czynny dziennikarz pozostawał w aż tak zażyłej relacji z czynnym agentem służb.
Dziś to nikogo już nie dziwi.
Janik wyrządził Pińskiemu i jego rodzinie ogromną krzywdę. Kiedy Piński wyciągnął do niego rękę i próbował mu pomóc, Janik poszedł na pełną współpracę z CBA i zaczął niszczyć jego redakcję. Zaatakował dzieci i rodzinę Pińskiego, używając do tego materiałów ze służb. Bez żadnego hamulca publikował zdjęcia z dokumentacji wyciągniętej z bazy PESEL. Ktoś w CBA logował się do tej bazy i pobierał dane, a Janik je publikował. Po czymś takim powinna natychmiast nastąpić reakcja, bo przecież wiadomo, kto się logował i kto pobierał zdjęcia.
Oczywiście żadnej reakcji nie było.
Kiedy Piński zwrócił się z informacją o tym do Grucy, ten nic z tym faktem nie zrobił. Nic. Absolutnie nic. Utrzymywał kontakty z Janikiem dalej i utrzymuje je do dziś. Nigdy nie powiedział: "To kłamstwo. Wojtek nigdy czegoś takiego by nie zrobił". Dla niego ten temat po prostu nie istniał. Gdyby ktokolwiek z ludzi, z którymi współpracuję, zaatakował czyjeś dzieci, zareagowałbym natychmiast. Gruca zareagował milczeniem. To jest ta granica, której nie potrafił ani nie chciał przekroczyć, granica, za którą jest coś, co w dziennikarstwie i w życiu nazywamy przyzwoitością.
Piński wspominał przy okazji naszych rozmów, że Gruca w środowisku dziennikarskim przewijał się razem z Piotrem Nisztorem, który jest niczym więcej niż nieudanym, pozbawionym moralności wytworem Pińskiego. Jak widać, Nisztor i Gruca pozostają blisko do dziś.
Wejście z fasadą zaangażowania
Kiedy Radosław Gruca skontaktował się ze mną 11 grudnia 2024 roku, byłem z Filipem Czają w bardzo trudnym miejscu. Przez wiele miesięcy wysyłaliśmy zawiadomienia, uczestniczyliśmy w czynnościach prokuratorskich, dostarczaliśmy dowody naszych słów i oświadczeń. Postępowania posuwały się powoli, napotykając ściany nadzoru prokuratur wyższego szczebla. Brakowało politycznej woli, żeby sprawa w ogóle zaistniała publicznie w sposób, który obaliłby narrację budowaną przez ludzi polujących na nas.
W takich warunkach pojawił się Gruca. Przyszedł z informacją, że on "tu już jest", że ma sprawę rozgrzebaną, że zna realia Dolnego Śląska. Mówił, że jest gotów poświęcić temu bardzo dużo czasu, że będzie jeździć do Lubina, że to jest dokładnie ten temat, który powinien ujrzeć światło dzienne i że on jest właśnie tym człowiekiem, który to zrobi. Dla kogoś, kto od miesięcy walczy o to, żeby sprawa w ogóle zaistniała, to było jak tlen.
Dziś wiem, że to był zaplanowany manewr. Wejście w idealnie wybrany moment, z idealnie skrojonym przekazem.
Filip Czaja przekazał mu swoje materiały w czerwcu 2025 roku. Własne materiały, nagrania i dokumenty udostępniałem Grucy stopniowo przez następne miesiące. Przyjmował wszystko. Jeździł do Lubina z grubym segregatorem wydruków stenogramów. Pojawiał się na miejscu, zadawał pytania, notował. Sprawiał wrażenie człowieka zaangażowanego dokładnie tak, jak angażuje się ktoś, kto naprawdę chce dotrzeć do prawdy.
Żebyście państwo jednak rozumieli, czym w istocie było to zaangażowanie. Gruca nie był zainteresowany badaniem nadużyć systemowych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ani rozliczeniem wrocławskiej delegatury, która trzymała sprawę w objęciach od lat. Nie interesowało go, kto się logował do baz danych, kto wydawał rozkazy, kto stał za operacją inwigilacji samorządowców na Dolnym Śląsku. Interesowały go konkretne, fabularne wątki, stenogramy, sensacyjne pytania, materiał dający efekt natychmiastowej klikalności.
Gruca pracował metodycznie, ale w zupełnie innym celu, niż nam mówił.
Finansowanie własnego rozpracowania
Kiedy przez kolejne miesiące widzieliśmy Grucę angażującego się w sprawę, uznaliśmy, że normalną rzeczą jest partycypować w kosztach tej pracy. Skoro prosiliśmy kogoś o pomoc i ta pomoc wiązała się z wydatkami, z koniecznością podróżowania, z porzucaniem innych zleceń, to powinniśmy w tym uczciwie uczestniczyć.
Płaciliśmy za bilety lotnicze. Finansowaliśmy hotele i przejazdy w trakcie spotkań poza granicami kraju. Udostępniliśmy mu samochód, którym poruszał się po Lubinie. Pokrywaliśmy koszty codziennego życia w trakcie wspólnych wyjazdów. Kiedy Radosław był w trudniejszym momencie, opłacaliśmy jego rachunki i zobowiązania. Łącznie, przez cały okres tej współpracy, Radosław Gruca kosztował nas nie mniej niż 50 tysięcy złotych.
Dziś wiem, że niejako sami finansowaliśmy własne rozpracowanie. To sformułowanie brzmi groteskowo, ale jest dokładnie tym, czym jest w rzeczywistości. Człowiek, którego utrzymywaliśmy, żeby nam pomagał, zbierał w tym czasie informacje, by nas zniszczyć. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Czy Gruca był finansowany podwójnie? Przez nas i przez Centralne Biuro Antykorupcyjne? Odpowiedź jest oczywista.
Dorzucę do tego jeszcze jeden szczegół, bo on dużo mówi o tym, z kim miałem do czynienia. Zdarzało się nam łapać Radosława w stanie upojenia alkoholowego. Zdarzało się nam przez telefon słyszeć człowieka, który był pod wpływem czegoś znacznie mocniejszego niż alkohol. W tamtym czasie tłumaczyliśmy to sobie stresem. Gruca wiedział o wszystkim, co nam grozi. Wiedział, że nasze głowy są wystawione na odstrzał. Mówiliśmy sobie: człowiek redukuje napięcie jak może.
Dziś mam już inną interpretację. Gruca nie był pijany ze stresu. Był pijany z poczucia winy.
Bo żeby robić ludziom to, co nam robił i jednocześnie siedzieć z nimi przy stole, patrzeć im w oczy, słuchać jak mówią o lęku o swoje dzieci, trzeba się czymś znieczulić.
Kiedy zaczęliśmy mieć pierwsze podejrzenia co do jego gry i przyjrzeliśmy się Grucy dokładniej, ustaliliśmy coś jeszcze poważniejszego. Gruca regularnie spożywał alkohol i palił marihuanę. Ale oprócz tego przyjmował bardzo silne stymulanty, konkretnie pochodne amfetaminy. Nie będę tu wchodził w szczegóły dotyczące źródła tych substancji. Powiem tylko jedno: zastanówcie się, jakie "trzymanie" może mieć nad człowiekiem służba specjalna lub inna zepsuta struktura, która wie, że ten człowiek jest uzależniony od substancji, których posiadanie jest nielegalne.
I nie dziwię się, że CBA z nim robi, co chce.
Tomasz Siemoniak i nagrania, których Gruca nie ujawnia
Nie powiedziałbym tego publicznie bez podstaw. Według informacji od Jana Pińskiego, Radosław Gruca figuruje w zasobach Centralnego Biura Antykorupcyjnego jako człowiek współpracujący z biurem. Czy właśnie dlatego Tomasz Siemoniak poszedł na rozmowę do Grucy bez żadnego strachu?
Koordynator służb idzie na wywiad do dziennikarza, o którym wie, że to "swój człowiek". Idzie spokojny, bo jest pewien, że Gruca mu "nie fiknie". Program ten miał być kreowany jako akt odwagi, wstawienie się za sygnalistami. W rzeczywistości był elementem wielomiesięcznej operacji uwiarygadniania Grucy w naszych oczach. Chcę być przy tym precyzyjny: analizując tamto wydarzenie po czasie, myślę, że Siemoniak trafił u Grucy na pytanie, którego się nie spodziewał i musiał okrągłymi słowami wybrnąć z sytuacji. Nie twierdzę, że to była ustawka.
Twierdzę, że Gruca tego pytania użył po to, żeby nam pokazać, że "bierze ich za twarz". Że jest po naszej stronie. Że mu zależy.
Radosław Gruca nagrywał swoje rozmowy z Tomaszem Siemoniakiem prowadzone po tym programie, rozmowy, w których minister rozmawiał z nim o nas, o mnie i o Filipie. I te nagrania Gruca nam pokazywał, demonstrując swoją pozycję, swój dostęp, swój kapitał. Przekonywał, że wykorzysta je w naszej obronie. Tymczasem nagrania do dziś leżą nietknięte. Gruca milczy.
Gruca nagrywał też swoje rozmowy z Filipem Olenderkiem, jedną z centralnych postaci afery lubińskiej. Nagrywał również rozmowy z Jackiem Harłukowiczem. Dysponuje więc materiałem, który jest gotowym materiałem prokuratorskim. Ujawniony w ciągu pięciu minut uruchomiłby lawinę. Gruca go nie ujawnia. Nie staje w obronie naszej niewinności.
Zamiast tego milczy od tygodni, ignorując nasze apele.
W pułapce
Przez rok Gruca powoli zbierał materiały, usypiał naszą czujność i budował narrację własnej wiarygodności. W lutym 2026 roku ta operacja weszła w fazę finalną. W chwili, gdy prokuratura szykowała swoje działania, Gruca zdecydował, że pora wykonać ruch.
Opublikował artykuł podpięty do nagranego wcześniej, nieautoryzowanego przeze mnie wywiadu. Dopiął do niego kategoryczne, emocjonalne tezy: "prokuratura kryje pedofilów", "jest opinia biegłych, która wszystko wyjaśnia". Czarno-białe, pozbawione niuansów twierdzenia przyklejone do sprawy, w której ważą się ludzkie życie, wolność i zdrowie.
Zrobił dokładnie to, co służy jednemu celowi: wykreowaniu przekazu, że są tylko dwie możliwości, albo siatka pedofilii kryta przez prokuraturę, albo dwóch mitomanów, którzy wszystko zmyślili. Nic pośrodku.
Dokładnie tak skonstruowana narracja, żeby nikt już nie pytał o nadużycia ABW, o wrocławską delegaturę, o ludzi, którzy powinni odpowiadać za inwigilację samorządowców Dolnego Śląska.
Wywiad, który Gruca opublikował, nigdy nie był przez mnie autoryzowany. Nagrany był parę miesięcy wcześniej, a między nagraniem a publikacją wydarzyły się rzeczy, które zmieniły ten kontekst całkowicie. Gruca o tym wiedział. I właśnie dlatego opublikował go bez pytania, wiedział bowiem, że gdyby zapytał, nie dostałby zgody. Dzień przed publikacją, po miesiącach nieformalnej, niemal przyjacielskiej relacji, wysłał do nas oficjalnego maila z prośbą o "ustosunkowanie się do tez zawartych w artykule".
To był sygnał. Formalne dystansowanie się od nas na godziny przed uderzeniem.
Spotkanie i obserwacja
W tamtym czasie opublikowałem opinię Prokuratury Okręgowej w Legnicy, która podważała jedno z kluczowych uzasadnień kierowanych przeciwko nam. Gruca był wściekły, że nie dostał jej jako pierwszy. W dniach poprzedzających spotkanie dzwonił, przekonywał, że tylko on może tę sprawę "magicznym dotknięciem" rozwiązać.
Raz tłumaczył, że pokaże opinię ministrowi Żurkowi, innym razem że to on ją opublikuje i zrobi z tego aferę. Gdy dowiedział się, że nie będzie pierwszym, który to ujawni, piana po prostu poszła mu z ust.
27 lutego 2026 roku Gruca przyszedł na spotkanie z nami w Warszawie. Przyszedł nastawiony wrogo, na zasadzie: "Co wyście zrobili? Gdybyście robili tak jak ja mówiłem, trzy moje teksty i wszystko by się spięło, minister Żurek wjechałby z kawalerią i wszystko by rozwalił".
Po kilku słowach wymiany zdań wstał od stołu, powiedział "Dobra, jak tak, to życzę powodzenia" i wyszedł.
Chwilę po tym spotkaniu zauważyliśmy obserwację. Liczną, dobrze zorganizowaną, choć widać było, że klejoną na szybko. Wiedzieliśmy, co to oznacza. Podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Jak ta ewakuacja przebiegała, z przyczyn oczywistych nie napiszę. Powiem tylko tyle: gdybyśmy wtedy nie uciekli, historia wyglądałaby tak, że Gruca opublikowałby swoją narrację, Czuchnowski napisałby swój artykuł, a ja trafiłbym do aresztu tymczasowego. Bez głosu. Bez możliwości obrony.
Przez trzy miesiące narracja Grucy i Czuchnowskiego stałaby się jedyną obowiązującą, bo nie byłoby komu zaprzeczać. Funkcjonariusze zasiedli nam na plecy chwilę po kontakcie z Grucą. To nie jest zbieżność czasowa, którą można zbagatelizować. To jest związek przyczynowo-skutkowy.
Jest jeszcze jeden incydent, który usuwa wszelkie wątpliwości co do tego, komu Gruca służył. Gdy w Lubinie przesłuchiwany był prezydent Robert Raczyński i pracownicy spółek Macieja Bodnara w sprawie kontroli skarbowych, Gruca był na miejscu. Wiedział, że my z Filipem przebywamy już poza krajem i wiedział gdzie dokładnie. Przysłał nam zdjęcie spod jednostki policji z informacją: "Jestem na miejscu, będę na niego polował".
Kilka godzin później to samo zdjęcie, z tego samego miejsca, pod tym samym kątem, znaleźliśmy na profilu Piotra Nisztora na platformie X. Z komentarzem, że "bandyci ze spółki Macieja Bodnara zeznają na policji" i z informacją, że ja ukrywam się "w krajach Maghrebu".
Ani słowa o Robercie Raczyńskim.
Wniosek jest jeden: Gruca przekazał to zdjęcie. Przekazał też informację, gdzie jesteśmy i co robimy. I dostarczył gotową narrację, którą należało zbudować wokół naszej nieobecności w kraju.
Bodnarowie, Żurek, Wrzosek - sieć kontaktów jako narzędzie
Gruca nie ograniczał się do zbierania od nas informacji. Wciągnął w swoje rozgrywanie również Macieja i Izabelę Bodnarów. Zaprosił Izabelę Bodnar na wywiad, który miał być "okazją do otwarcia się na sprawę". Nawiązał kontakt z Maciejem Bodnarem i przy tej okazji usiłował wyłudzić od niego pieniądze na ekspertyzy mające uwiarygodnić stenogramy z afery lubińskiej.
Potem poszedł dalej. Przyszedł do Macieja Bodnara z propozycją zatrudnienia spółki doradczej z Rzeszowa. Za 45 tysięcy złotych miesięcznie ta spółka miała przygotowywać analizy pomagające Bodnarowi w przygotowaniu do procesów prawnych. Maciej Bodnar złapał się za głowę, skontaktował się ze mną, powiedział, że podejrzewa prowokację i poprosił o sprawdzenie. Kiedy podjąłem ten temat z Grucą, ten oczywiście tłumaczył, że "to nie tak". Pytam wprost: co to miało wspólnego z dziennikarstwem? I czy spółka powiązana z Orlenem, którą Gruca rekomendował Bodnarowi za miesięczny haracz, jest adresem, pod który powinno się kierować ofiary przestępstw popełnionych przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego?
Gruca powoływał się na kontakty z prokurator Ewą Wrzosek. Powoływał się na ministra Waldemara Żurka, do którego odwoływał się regularnie. Mam pytanie do obojga: czy wiedzieli Państwo, że ten człowiek funkcjonował w naszym otoczeniu? Czy wiedzieli Państwo, czego od nas oczekiwał i jak naprawdę wyglądała ta relacja?
W całej tej układance pojawia się też postać Anny Siewierskiej, która miała być gwarantem relacji z ministrem Żurkiem i prokurator Wrzosek oraz gwarantem sukcesu naszej sprawy. To temat na osobny materiał, któremu z pewnością poświęcimy czas.
Groźby, szantaż, sabotaż
Radosław Gruca kierował groźby wobec Macieja Bodnara i próbował go szantażować w związku z naszymi działaniami ujawniającymi, kim naprawdę jest i co robi. Naciskał na mecenasa Malinowskiego, naszego pełnomocnika, oczekując zaprzestania naszych publicznych pytań o materiały w jego posiadaniu. Przez osoby trzecie próbował wywierać na nas presję, żebyśmy zamknęli jego temat w przestrzeni publicznej. Jednocześnie miał czelność twierdzić publicznie, że "pożegnał się z Gońcem", jakby zmiana miejsca zatrudnienia zwalniała go z jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co zrobił.
Ale jest jeszcze coś, o czym mówię z bólem. Gruca przez wiele miesięcy sabotował moje działania prawne w prywatnej sprawie dotyczącej mojej córki. Przekonywał mnie, że ma kontakty z rzecznikiem praw dziecka, powoływał się na posłankę Monikę Rosę, na dziesiątki innych osób, na "właściwe kanały". Próbował mnie odciąć od mecenasa Malinowskiego, wmówić mi, że tylko on ma właściwe rozwiązanie. W sprawach, w których ważą się los i bezpieczeństwo mojego dziecka, Radosław Gruca grał na czas i sabotował moje działania.
Nic więcej nie trzeba tłumaczyć.
Nagrania, które powinny być już ujawnione
Mam obowiązek powiedzieć wprost, co Gruca posiada i dlaczego jego milczenie jest skandalem. Radosław Gruca dysponuje nagraniami swoich rozmów z Filipem Olenderkiem, jedną z centralnych postaci afery lubińskiej. Dysponuje nagraniami rozmów z Jackiem Harłukowiczem. Dysponuje nagraniami rozmów z ministrem Tomaszem Siemoniakiem, prowadzonych po programie, w którym minister udawał, że sprawa lubińska nie istnieje.
Ujawnienie tych nagrań w ciągu pięciu minut powinno doprowadzić do serii zatrzymań i, przede wszystkim, do oczyszczenia nas z wszelkich zarzutów.
Gruca o tym wie. My wiemy. Mimo to milczy od ponad trzech tygodni. Jedyne, do czego jest zdolny, to groźby i szantaż za zamkniętymi drzwiami, przy jednoczesnym publicznym udawaniu, że nie rozumie, o co chodzi, albo że nie bierze udziału w tej sprawie.
Dziennikarz, który posiada dowody niewinności dwojga ludzi, których rodziny są narażone na utratę bezpieczeństwa, wolności i zdrowia i który świadomie te dowody przetrzymuje, jest czymś więcej niż dziennikarzem bez kręgosłupa. Wziął udział w operacji zmierzającej do naszego zniszczenia. Wie o tym. I to go będzie słono kosztować.
Co będzie dalej
Zobowiązuję się publicznie: upublicznię wszystkie nagrania rozmów i wszystkie materiały związane z naszymi kontaktami z Radosławem Grucą. Zapisy z grup na Signalu. Całą dokumentację naszej relacji i jej finansowego wymiaru. Materiały dotyczące spotkania w Europie w grudniu 2025 roku, bo i tam Gruca się zjawił, i tam rozmawiał, i tam zbierał. I nie opublikował niczego. Spędził po prostu bardzo dobry grudzień w bardzo dobrych warunkach.
Sprawa trafi do sądu. Nie podaruję Grucy próby haraczowania Macieja Bodnara. Nie podaruję narażania naszego życia i zdrowia. Nie podaruję kilkudziesięciu tysięcy złotych, które od nas wyłudził pod pozorem dziennikarskiej współpracy.
Gruca miał w tej sprawie wybór. Mógł stanąć po stronie prawdy, ujawnić materiały, które posiada i przyczynić się do rozliczenia ludzi, którzy przez lata demolowali instytucje i niszczyli niewinnych. Wybrał inaczej. Wybrał milczenie połączone z groźbami. Wybrał ochronę systemu, który go utrzymuje.
Lekcja, którą zafundował mi Radosław Gruca, jest lekcją życia. Będę dzięki niej mądrzejszy. On natomiast napisał sobie scenariusz i wedle tego scenariusza będzie musiał grać do samego końca.