<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
 <channel>
 <title>Odtajnione. Służby, geopolityka, bezpieczeństwo</title>
 <link>https://odtajnione.com</link>
 <description>Autorski portal publicystyczny. Analizy, komentarze i reportaże o służbach specjalnych, geopolityce i bezpieczeństwie.</description>
 <language>pl</language>
 <lastBuildDate>Mon, 04 May 2026 06:00:00 GMT</lastBuildDate>
 <atom:link href="https://odtajnione.com/feed.xml" rel="self" type="application/rss+xml" />
 <copyright>© 2026 Odtajnione. Wydawca: Łukasz Bugajski. Wszelkie prawa zastrzeżone.</copyright>
 
 <item>
 <title>Milczenie dziennikarza. Kim naprawdę jest Radosław Gruca?</title>
 <link>https://odtajnione.com/post/milczenie-dziennikarza-gruca</link>
 <guid isPermaLink="true">https://odtajnione.com/post/milczenie-dziennikarza-gruca</guid>
 <description>Przez rok finansowaliśmy człowieka, który nas rozpracowywał. Jeździł do Lubina, zbierał nasze materiały, nagrywał ministra Siemoniaka. Obiecywał publikacje, które miały odwrócić bieg tej sprawy. Dziś dysponuje nagraniami, które w ciągu pięciu minut powinny doprowadzić do serii zatrzymań. Milczy. Kim naprawdę jest Radosław Gruca i dlaczego jego milczenie jest skandalem?</description>
 <category>Komentarz</category>
 <pubDate>Mon, 04 May 2026 06:00:00 GMT</pubDate>
 <content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Nie sprawia mi żadnej przyjemności pisanie tego tekstu. Przez długi czas nie chciałem go pisać w ogóle. Byłem gotów zostawić ten rozdział za sobą i skupić się na tym, co najważniejsze, czyli na oczyszczeniu naszego dobrego imienia z Filipem Czają i na doprowadzeniu do odpowiedzialności ludzi, którzy zorganizowali przeciwko nam operację, której celem było nasze zniszczenie.</p><p style="text-align: justify;">Radosław Gruca przez bardzo długi czas pozostawał na obrzeżach tej opowieści. Nie dlatego, że jego rola była mała, ale dlatego, że był wystarczająco sprytny, żeby pozostawać nieczytelnym. Dziś jego rola jest już dla mnie jasna. I właśnie dlatego piszę ten tekst.</p><p style="text-align: justify;">Chcę, żebyście państwo zrozumieli jedno, zanim przejdę do sedna. Radosław Gruca nie jest po prostu dziennikarzem, który zrobił coś złego, nie wywiązał się z obietnic albo zawiódł jako człowiek. Gruca działał przeciwko nam świadomie, wspólnie i w porozumieniu z innymi, w sposób absolutnie wyrachowany, z pobudek zasługujących na szczególne potępienie, narażając na niebezpieczeństwo zarówno mnie i Filipa, jak i nasze rodziny.</p><p style="text-align: justify;">Dziś Gruca dysponuje nagraniami, które mogłyby doprowadzić do serii zatrzymań. Zamiast je ujawnić, wybrał wymowne milczenie.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Początek</strong></h3><p style="text-align: justify;">Moją historię z Radosławem Grucą rozumiem dziś inaczej niż rozumiałem ją jeszcze kilka miesięcy temu. Wiedziałem, skąd pochodzi i w jakim towarzystwie się obraca. Wiedziałem, że utrzymuje bliskie relacje z Wojciechem Janikiem i wiedziałem to między innymi dlatego, że Jan Piński, który zna to środowisko od wewnątrz znacznie dłużej ode mnie, opowiadał mi o tej relacji wprost. To właśnie Piński poznał Janika w mieszkaniu Grucy. Ich zażyłość była na tyle bliska, że Gruca zostawiał Janikowi klucze i powierzał mu całe mieszkanie pod opiekę. Szokujące nie było tylko to. Szokujące było i pozostaje, że czynny dziennikarz pozostawał w aż tak zażyłej relacji z czynnym agentem służb.</p><p style="text-align: justify;">Dziś to nikogo już nie dziwi.</p><p style="text-align: justify;">Janik wyrządził Pińskiemu i jego rodzinie ogromną krzywdę. Kiedy Piński wyciągnął do niego rękę i próbował mu pomóc, Janik poszedł na pełną współpracę z CBA i zaczął niszczyć jego redakcję. Zaatakował dzieci i rodzinę Pińskiego, używając do tego materiałów ze służb. Bez żadnego hamulca publikował zdjęcia z dokumentacji wyciągniętej z bazy PESEL. Ktoś w CBA logował się do tej bazy i pobierał dane, a Janik je publikował. Po czymś takim powinna natychmiast nastąpić reakcja, bo przecież wiadomo, kto się logował i kto pobierał zdjęcia.</p><p style="text-align: justify;">Oczywiście żadnej reakcji nie było.</p><p style="text-align: justify;">Kiedy Piński zwrócił się z informacją o tym do Grucy, ten nic z tym faktem nie zrobił. Nic. Absolutnie nic. Utrzymywał kontakty z Janikiem dalej i utrzymuje je do dziś. Nigdy nie powiedział: "To kłamstwo. Wojtek nigdy czegoś takiego by nie zrobił". Dla niego ten temat po prostu nie istniał. Gdyby ktokolwiek z ludzi, z którymi współpracuję, zaatakował czyjeś dzieci, zareagowałbym natychmiast. Gruca zareagował milczeniem. To jest ta granica, której nie potrafił ani nie chciał przekroczyć. Granica, za którą jest coś, co w dziennikarstwie i w życiu nazywamy przyzwoitością.</p><p style="text-align: justify;">Piński wspominał przy okazji naszych rozmów, że Gruca w środowisku dziennikarskim przewijał się razem z Piotrem Nisztorem, który jest niczym więcej niż nieudanym, pozbawionym moralności wytworem Pińskiego. Jak widać, Nisztor i Gruca pozostają blisko do dziś.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Wejście z fasadą zaangażowania</strong></h3><p style="text-align: justify;">Kiedy Radosław Gruca skontaktował się ze mną 11 grudnia 2024 roku, byłem z Filipem Czają w bardzo trudnym miejscu. Przez wiele miesięcy wysyłaliśmy zawiadomienia, uczestniczyliśmy w czynnościach prokuratorskich, dostarczaliśmy dowody naszych słów i oświadczeń. Postępowania posuwały się powoli, napotykając ściany nadzoru prokuratur wyższego szczebla. Brakowało politycznej woli, żeby sprawa w ogóle zaistniała publicznie w sposób, który obaliłby narrację budowaną przez ludzi polujących na nas.</p><p style="text-align: justify;">W takich warunkach pojawił się Gruca. Przyszedł z informacją, że on "tu już jest", że ma sprawę rozgrzebaną, że zna realia Dolnego Śląska. Mówił, że jest gotów poświęcić temu bardzo dużo czasu, że będzie jeździć do Lubina, że to jest dokładnie ten temat, który powinien ujrzeć światło dzienne i że on jest właśnie tym człowiekiem, który to zrobi. Dla kogoś, kto od miesięcy walczy o to, żeby sprawa w ogóle zaistniała, to było jak tlen.</p><p style="text-align: justify;">Dziś wiem, że to był zaplanowany manewr. Wejście w idealnie wybrany moment, z idealnie skrojonym przekazem.</p><p style="text-align: justify;">Filip Czaja przekazał mu swoje materiały w czerwcu 2025 roku. Własne materiały, nagrania i dokumenty udostępniałem Grucy stopniowo przez następne miesiące. Przyjmował wszystko. Jeździł do Lubina z grubym segregatorem wydruków stenogramów. Pojawiał się na miejscu, zadawał pytania, notował. Sprawiał wrażenie człowieka zaangażowanego dokładnie tak, jak angażuje się ktoś, kto naprawdę chce dotrzeć do prawdy.</p><p style="text-align: justify;">Żebyście państwo jednak rozumieli, czym w istocie było to zaangażowanie. Gruca nie był zainteresowany badaniem nadużyć systemowych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ani rozliczeniem wrocławskiej delegatury, która trzymała sprawę w objęciach od lat. Nie interesowało go, kto się logował do baz danych, kto wydawał rozkazy, kto stał za operacją inwigilacji samorządowców na Dolnym Śląsku. Interesowały go konkretne, fabularne wątki, stenogramy, sensacyjne pytania, materiał dający efekt natychmiastowej klikalności.</p><p style="text-align: justify;">Gruca pracował metodycznie, ale w zupełnie innym celu, niż nam mówił.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Finansowanie własnego rozpracowania</strong></h3><p style="text-align: justify;">Kiedy przez kolejne miesiące widzieliśmy Grucę angażującego się w sprawę, uznaliśmy, że normalną rzeczą jest partycypować w kosztach tej pracy. Skoro prosiliśmy kogoś o pomoc i ta pomoc wiązała się z wydatkami, z koniecznością podróżowania, z porzucaniem innych zleceń, to powinniśmy w tym uczciwie uczestniczyć.</p><p style="text-align: justify;">Płaciliśmy za bilety lotnicze. Finansowaliśmy hotele i przejazdy w trakcie spotkań poza granicami kraju. Udostępniliśmy mu samochód, którym poruszał się po Lubinie. Pokrywaliśmy koszty codziennego życia w trakcie wspólnych wyjazdów. Kiedy Radosław był w trudniejszym momencie, opłacaliśmy jego rachunki i zobowiązania. Łącznie, przez cały okres tej współpracy, Radosław Gruca kosztował nas nie mniej niż 50 tysięcy złotych.</p><p style="text-align: justify;">Dziś wiem, że niejako sami finansowaliśmy własne rozpracowanie. To sformułowanie brzmi groteskowo, ale jest dokładnie tym, czym jest w rzeczywistości. Człowiek, którego utrzymywaliśmy, żeby nam pomagał, zbierał w tym czasie informacje, by nas zniszczyć. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.</p><p style="text-align: justify;">Czy Gruca był finansowany podwójnie? Przez nas i przez Centralne Biuro Antykorupcyjne? Odpowiedź jest oczywista.</p><p style="text-align: justify;">Dorzucę do tego jeszcze jeden szczegół, bo on dużo mówi o tym, z kim miałem do czynienia. Zdarzało się nam łapać Radosława w stanie upojenia alkoholowego. Zdarzało się nam przez telefon słyszeć człowieka, który był pod wpływem czegoś znacznie mocniejszego niż alkohol. W tamtym czasie tłumaczyliśmy to sobie stresem. Gruca wiedział o wszystkim, co nam grozi. Wiedział, że nasze głowy są wystawione na odstrzał. Mówiliśmy sobie: człowiek redukuje napięcie jak może.</p><p style="text-align: justify;">Dziś mam już inną interpretację. Gruca nie był pijany ze stresu. Był pijany z poczucia winy.</p><p style="text-align: justify;">Bo żeby robić ludziom to, co nam robił i jednocześnie siedzieć z nimi przy stole, patrzeć im w oczy, słuchać jak mówią o lęku o swoje dzieci, trzeba się czymś znieczulić.</p><p style="text-align: justify;">Kiedy zaczęliśmy mieć pierwsze podejrzenia co do jego gry i przyjrzeliśmy się Grucy dokładniej, ustaliliśmy coś jeszcze poważniejszego. Gruca regularnie spożywał alkohol i palił marihuanę. Ale oprócz tego przyjmował bardzo silne stymulanty, konkretnie pochodne amfetaminy. Nie będę tu wchodził w szczegóły dotyczące źródła tych substancji. Powiem tylko jedno: zastanówcie się, jakie "trzymanie" może mieć nad człowiekiem służba specjalna lub inna zepsuta struktura, która wie, że ten człowiek jest uzależniony od substancji, których posiadanie jest nielegalne.</p><p style="text-align: justify;">I nie dziwię się, że CBA z nim robi, co chce.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Tomasz Siemoniak i nagrania, których Gruca nie ujawnia</strong></h3><p style="text-align: justify;">Nie powiedziałbym tego publicznie bez podstaw. Według informacji od Jana Pińskiego, Radosław Gruca figuruje w zasobach Centralnego Biura Antykorupcyjnego jako człowiek współpracujący z biurem. Czy właśnie dlatego Tomasz Siemoniak poszedł na rozmowę do Grucy bez żadnego strachu?</p><p style="text-align: justify;">Koordynator służb idzie na wywiad do dziennikarza, o którym wie, że to "swój człowiek". Idzie spokojny, bo jest pewien, że Gruca mu "nie fiknie". Program ten miał być kreowany jako akt odwagi, wstawienie się za sygnalistami. W rzeczywistości był elementem wielomiesięcznej operacji uwiarygadniania Grucy w naszych oczach. Chcę być przy tym precyzyjny: analizując tamto wydarzenie po czasie, myślę, że Siemoniak trafił u Grucy na pytanie, którego się nie spodziewał i musiał okrągłymi słowami wybrnąć z sytuacji. Nie twierdzę, że to była ustawka.</p><p style="text-align: justify;">Twierdzę, że Gruca użył tego pytania, żeby nam pokazać, że "bierze ich za twarz". Że jest po naszej stronie. Że mu zależy.</p><p style="text-align: justify;">Radosław Gruca nagrywał swoje rozmowy z Tomaszem Siemoniakiem prowadzone po tym programie, w których minister rozmawiał z nim o nas, o mnie i o Filipie. Gruca pokazywał nam te nagrania, demonstrując swoją pozycję, swój dostęp, swój kapitał. Przekonywał, że wykorzysta je w naszej obronie. Tymczasem nagrania do dziś leżą nietknięte. Gruca milczy.</p><p style="text-align: justify;">Gruca nagrywał też swoje rozmowy z Filipem Olenderkiem, jedną z centralnych postaci afery lubińskiej. Nagrywał również rozmowy z Jackiem Harłukowiczem. Dysponuje więc materiałem, który jest gotowym materiałem prokuratorskim. Ujawniony w ciągu pięciu minut uruchomiłby lawinę. Gruca go nie ujawnia. Nie staje w obronie naszej niewinności.</p><p style="text-align: justify;">Zamiast tego milczy od tygodni, ignorując nasze apele.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>W pułapce</strong></h3><p style="text-align: justify;">Przez rok Gruca powoli zbierał materiały, usypiał naszą czujność i budował narrację własnej wiarygodności. W lutym 2026 roku ta operacja weszła w fazę finalną. W chwili, gdy prokuratura szykowała swoje działania, Gruca zdecydował, że pora wykonać ruch.</p><p style="text-align: justify;">Opublikował artykuł podpięty do nagranego wcześniej, nieautoryzowanego przeze mnie wywiadu. Dopiął do niego kategoryczne, emocjonalne tezy: "prokuratura kryje pedofilów", "jest opinia biegłych, która wszystko wyjaśnia". Czarno-białe, pozbawione niuansów twierdzenia przyklejone do sprawy, w której ważą się ludzkie życie, wolność i zdrowie.</p><p style="text-align: justify;">Zrobił dokładnie to, co służy jednemu celowi: wykreowaniu przekazu, że są tylko dwie możliwości, albo siatka pedofilii kryta przez prokuraturę, albo dwóch mitomanów, którzy wszystko zmyślili. Nic pośrodku.</p><p style="text-align: justify;">Dokładnie tak skonstruowana narracja, żeby nikt już nie pytał o nadużycia ABW, o wrocławską delegaturę, o ludzi, którzy powinni odpowiadać za inwigilację samorządowców Dolnego Śląska.</p><p style="text-align: justify;">Wywiad, który Gruca opublikował, nigdy nie był przez mnie autoryzowany. Nagrany był parę miesięcy wcześniej, a między nagraniem a publikacją wydarzyły się rzeczy, które zmieniły ten kontekst całkowicie. Gruca o tym wiedział. I właśnie dlatego opublikował go bez pytania - wiedział bowiem, że gdyby zapytał, nie dostałby zgody. Dzień przed publikacją, po miesiącach nieformalnej, niemal przyjacielskiej relacji, wysłał do nas oficjalnego maila z prośbą o "ustosunkowanie się do tez zawartych w artykule".</p><p style="text-align: justify;">To był sygnał. Formalne dystansowanie się od nas na godziny przed uderzeniem.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Spotkanie i obserwacja</strong></h3><p style="text-align: justify;">W tamtym czasie opublikowałem opinię Prokuratury Okręgowej w Legnicy, która podważała jedno z kluczowych uzasadnień kierowanych przeciwko nam. Gruca był wściekły, że nie dostał jej jako pierwszy. W dniach poprzedzających spotkanie dzwonił, przekonywał, że tylko on może tę sprawę "magicznym dotknięciem" rozwiązać.</p><p style="text-align: justify;">Raz tłumaczył, że pokaże opinię ministrowi Żurkowi, innym razem że to on ją opublikuje i zrobi z tego aferę. Gdy dowiedział się, że nie będzie pierwszym, który to ujawni, piana po prostu poszła mu z ust.</p><p style="text-align: justify;">27 lutego 2026 roku Gruca przyszedł na spotkanie z nami w Warszawie. Przyszedł nastawiony wrogo, na zasadzie: "Co wyście zrobili? Gdybyście robili tak jak ja mówiłem, trzy moje teksty i wszystko by się spięło, minister Żurek wjechałby z kawalerią i wszystko by rozwalił".</p><p style="text-align: justify;">Po kilku słowach wymiany zdań wstał od stołu, powiedział "Dobra, jak tak, to życzę powodzenia" i wyszedł.</p><p style="text-align: justify;">Chwilę po tym spotkaniu zauważyliśmy obserwację. Liczną, dobrze zorganizowaną, choć widać było, że klejoną na szybko. Wiedzieliśmy, co to oznacza. Podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Jak ta ewakuacja przebiegała, z przyczyn oczywistych nie napiszę. Powiem tylko tyle: gdybyśmy wtedy nie uciekli, historia wyglądałaby tak, że Gruca opublikowałby swoją narrację, Czuchnowski napisałby swój artykuł, a ja trafiłbym do aresztu tymczasowego. Bez głosu. Bez możliwości obrony.</p><p style="text-align: justify;">Przez trzy miesiące narracja Grucy i Czuchnowskiego stałaby się jedyną obowiązującą, bo nie byłoby komu zaprzeczać. Funkcjonariusze zasiedli nam na plecy chwilę po kontakcie z Grucą. To nie jest zbieżność czasowa, którą można zbagatelizować. To jest związek przyczynowo-skutkowy.</p><p style="text-align: justify;">Jest jeszcze jeden incydent, który usuwa wszelkie wątpliwości co do tego, komu Gruca służył. Gdy w Lubinie przesłuchiwany był prezydent Robert Raczyński i pracownicy spółek Macieja Bodnara w sprawie kontroli skarbowych, Gruca był na miejscu. Wiedział, że my z Filipem przebywamy już poza krajem i wiedział gdzie dokładnie. Przysłał nam zdjęcie spod jednostki policji z informacją: "Jestem na miejscu, będę na niego polował".</p><p style="text-align: justify;">Kilka godzin później to samo zdjęcie, z tego samego miejsca, pod tym samym kątem, znaleźliśmy na profilu Piotra Nisztora na platformie X. Z komentarzem, że "bandyci ze spółki Macieja Bodnara zeznają na policji" i z informacją, że ja ukrywam się "w krajach Maghrebu".</p><p style="text-align: justify;">Ani słowa o Robercie Raczyńskim.</p><p style="text-align: justify;">Wniosek jest jeden: Gruca przekazał to zdjęcie. Przekazał też informację, gdzie jesteśmy i co robimy. I dostarczył gotową narrację, którą należało zbudować wokół naszej nieobecności w kraju.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Bodnarowie, Żurek, Wrzosek - sieć kontaktów jako narzędzie</strong></h3><p style="text-align: justify;">Gruca nie ograniczał się do zbierania od nas informacji. Wciągnął w swoje rozgrywanie również Macieja i Izabelę Bodnarów. Zaprosił Izabelę Bodnar na wywiad, który miał być "okazją do otwarcia się na sprawę". Nawiązał kontakt z Maciejem Bodnarem i przy tej okazji usiłował wyłudzić od niego pieniądze na ekspertyzy mające uwiarygodnić stenogramy z afery lubińskiej.</p><p style="text-align: justify;">Potem poszedł dalej. Przyszedł do Macieja Bodnara z propozycją zatrudnienia spółki doradczej z Rzeszowa. Za 45 tysięcy złotych miesięcznie ta spółka miała przygotowywać analizy pomagające Bodnarowi w przygotowaniu do procesów prawnych. Maciej Bodnar złapał się za głowę, skontaktował się ze mną, powiedział, że podejrzewa prowokację i poprosił o sprawdzenie. Kiedy podjąłem ten temat z Grucą, ten oczywiście tłumaczył, że "to nie tak". Pytam wprost: co to miało wspólnego z dziennikarstwem? I czy spółka powiązana z Orlenem, którą Gruca rekomendował Bodnarowi za miesięczny haracz, jest adresem, pod który powinno się kierować ofiary przestępstw popełnionych przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego?</p><p style="text-align: justify;">Gruca powoływał się na kontakty z prokurator Ewą Wrzosek. Powoływał się na ministra Waldemara Żurka, do którego odwoływał się regularnie. Mam pytanie do obojga: czy wiedzieli Państwo, że ten człowiek funkcjonował w naszym otoczeniu? Czy wiedzieli Państwo, czego od nas oczekiwał i jak naprawdę wyglądała ta relacja?</p><p style="text-align: justify;">W całej tej układance pojawia się też postać Anny Siewierskiej, która miała być gwarantem relacji z ministrem Żurkiem i prokurator Wrzosek oraz gwarantem sukcesu naszej sprawy. To temat na osobny materiał, któremu z pewnością poświęcimy czas.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Groźby, szantaż, sabotaż</strong></h3><p style="text-align: justify;">Radosław Gruca kierował groźby wobec Macieja Bodnara i próbował go szantażować w związku z naszymi działaniami ujawniającymi, kim naprawdę jest i co robi. Naciskał na mecenasa Malinowskiego, naszego pełnomocnika, oczekując zaprzestania naszych publicznych pytań o materiały w jego posiadaniu. Przez osoby trzecie próbował wywierać na nas presję, żebyśmy zamknęli jego temat w przestrzeni publicznej. Jednocześnie miał czelność twierdzić publicznie, że "pożegnał się z Gońcem", jakby zmiana miejsca zatrudnienia zwalniała go z jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co zrobił.</p><p style="text-align: justify;">Ale jest jeszcze coś, o czym mówię z bólem. Gruca przez wiele miesięcy sabotował moje działania prawne w prywatnej sprawie dotyczącej mojej córki. Przekonywał mnie, że ma kontakty z rzecznikiem praw dziecka, powoływał się na posłankę Monikę Rosę, na dziesiątki innych osób, na "właściwe kanały". Próbował mnie odciąć od mecenasa Malinowskiego, wmówić mi, że tylko on ma właściwe rozwiązanie. W sprawach, w których ważą się los i bezpieczeństwo mojego dziecka, Radosław Gruca grał na czas i sabotował moje działania.</p><p style="text-align: justify;">Nic więcej nie trzeba tłumaczyć.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Nagrania, które powinny być już ujawnione</strong></h3><p style="text-align: justify;">Mam obowiązek powiedzieć wprost, co Gruca posiada i dlaczego jego milczenie jest skandalem. Radosław Gruca dysponuje nagraniami swoich rozmów z Filipem Olenderkiem, jedną z centralnych postaci afery lubińskiej. Dysponuje nagraniami rozmów z Jackiem Harłukowiczem. Dysponuje nagraniami rozmów z ministrem Tomaszem Siemoniakiem, prowadzonych po programie, w którym minister udawał, że sprawa lubińska nie istnieje.</p><p style="text-align: justify;">Ujawnienie tych nagrań w ciągu pięciu minut powinno doprowadzić do serii zatrzymań i, przede wszystkim, do oczyszczenia nas z wszelkich zarzutów.</p><p style="text-align: justify;">Gruca o tym wie. My wiemy. Mimo to milczy od ponad trzech tygodni. Jedyne, do czego jest zdolny, to groźby i szantaż za zamkniętymi drzwiami, przy jednoczesnym publicznym udawaniu, że nie rozumie, o co chodzi, albo że nie bierze udziału w tej sprawie.</p><p style="text-align: justify;">Dziennikarz, który posiada dowody niewinności dwojga ludzi, których rodziny są narażone na utratę bezpieczeństwa, wolności i zdrowia i który świadomie te dowody przetrzymuje, jest czymś więcej niż dziennikarzem bez kręgosłupa. Wziął udział w operacji zmierzającej do naszego zniszczenia. Wie o tym. I to go będzie słono kosztować.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Co będzie dalej</strong></h3><p style="text-align: justify;">Zobowiązuję się publicznie: upublicznię wszystkie nagrania rozmów i wszystkie materiały związane z naszymi kontaktami z Radosławem Grucą. Zapisy z grup na Signalu. Całą dokumentację naszej relacji i jej finansowego wymiaru. Materiały dotyczące spotkania w Europie w styczniu 2026 roku, bo i tam Gruca się zjawił, i tam rozmawiał, i tam zbierał. I nie opublikował niczego. Spędził po prostu czas w bardzo dobrych warunkach.</p><p style="text-align: justify;">Sprawa trafi do sądu. Nie podaruję Grucy próby haraczowania Macieja Bodnara. Nie podaruję narażania naszego życia i zdrowia. Nie podaruję kilkudziesięciu tysięcy złotych, które od nas wyłudził pod pozorem dziennikarskiej współpracy.</p><p style="text-align: justify;">Gruca miał w tej sprawie wybór. Mógł stanąć po stronie prawdy, ujawnić materiały, które posiada i przyczynić się do rozliczenia ludzi, którzy przez lata demolowali instytucje i niszczyli niewinnych. Wybrał inaczej. Wybrał milczenie połączone z groźbami. Wybrał ochronę systemu, który go utrzymuje.</p><p style="text-align: justify;"><strong>Lekcja, którą zafundował mi Radosław Gruca, jest lekcją życia. Będę dzięki niej mądrzejszy. On natomiast napisał sobie scenariusz i wedle tego scenariusza będzie musiał grać do samego końca.</strong></p>]]></content:encoded>
 </item>
 <item>
 <title>Państwo, które udaje, że nie słyszy</title>
 <link>https://odtajnione.com/post/panstwo-ktore-udaje-ze-nie-slyszy</link>
 <guid isPermaLink="true">https://odtajnione.com/post/panstwo-ktore-udaje-ze-nie-slyszy</guid>
 <description>Major Robert Cheda powiedział na głos to, czego nikt w głównym nurcie powiedzieć nie chce: polskie służby nie chronią państwa przed agenturą. Chronią władzę przed hakami. Ja wiem, jak ten mechanizm działa od środka. Wiem też, czym kosztuje próba jego ujawnienia. Dlatego piszę ten felieton z Maroka, bo Polska stała się dla mnie zbyt niebezpiecznym miejscem, żeby w niej pozostać.</description>
 <category>Felieton</category>
 <pubDate>Mon, 04 May 2026 04:39:00 GMT</pubDate>
 <content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Są programy, po których człowiek nie może zasnąć. Nie dlatego, że są sensacyjne, nie dlatego, że epatują emocjami i krzykiem w studiu. Ale dlatego, że ktoś w sposób zimny, analityczny i poparty latami doświadczenia mówi na głos rzeczy, które wszyscy czujemy, ale nikt w głównym nurcie nie chce wypowiedzieć. Taki jest wczorajszy program majora Roberta Chedy. Obejrzałem go kilka razy. Za każdym razem miałem to samo odczucie: że patrzę w lustro, że ktoś właśnie opisuje mechanizm, którego sam byłem świadkiem i ofiarą.</p><p style="text-align: justify;">Major postawił tezę prostą jak cep: państwo polskie, dwa i pół roku po przejęciu władzy przez koalicję, funkcjonuje w trybie zarządzania bezruchem. Nie chodzi o niekompetencję, choć ta bywa bardzo widoczna. Chodzi o coś głębszego i bardziej niepokojącego - o świadomy wybór bierności jako strategię polityczną. Priorytetem nie jest efektywność służb, nie jest rozliczenie przestępstw, nie jest bezpieczeństwo państwa w obliczu rosnącego zagrożenia ze wschodu.</p><p style="text-align: justify;">Priorytetem jest wyłącznie uszczelnienie systemu przed wyciekiem haków na obecną władzę - to jest właśnie zdanie, które powinno obiec wszystkie redakcje w Polsce.</p><p style="text-align: justify;">Pewien jestem, że nie obiegnie żadnej.</p><p style="text-align: justify;"><strong>Znany mi mechanizm</strong></p><p style="text-align: justify;">Znam ten mechanizm z własnego doświadczenia. Kiedy przez ostatnie lata składałem zawiadomienia, zeznania i przekazywałem dokumenty dotyczące nadużyć w działaniu ABW na Dolnym Śląsku, trafiałem na mur. Nie mur niekompetencji, a mur urzędniczej decyzji. Ktoś postanowił, że te sprawy mają być martwe, i zadbał o to z precyzją godną lepszej sprawy. Cheda opisuje w skali makro dokładnie ten sam obraz: państwo nie odpowiada ani na zagrożenia zewnętrzne, ani na inicjatywy oddolne. Wręcz przeciwnie, traktuje sygnalistów i dziennikarzy śledczych jak wrogów systemu, bo burzą oni delikatną równowagę, której jedynym zadaniem jest utrzymywanie status quo. Rozpoznałem ten opis natychmiast, bo sam przez niego przeszedłem.</p><p style="text-align: justify;">Szczególnie uderzyła mnie analiza dotycząca kontroli nad służbami. Cheda mówi wprost: szefowie służb zostali wybrani według kryterium lojalności rozumianej nie jako efektywność, ale jako gwarancja, że żaden hak na obecną władzę nie wydostanie się na zewnątrz. Oznacza to, że służby, zamiast tropić agenturę i zwalczać korupcję, zajmują się pilnowaniem własnego podwórka. Na średnim szczeblu kierowniczym siedzą tymczasem ludzie dyspozycyjni wobec poprzedniego układu, bo żadnej realnej weryfikacji kadrowej nie przeprowadzono. Nie ma w tym nic z teorii spiskowej. Cheda precyzyjnie opisuje strukturę, z którą sam się zderzałem za każdym razem, gdy próbowałem działać w ramach systemu.</p><p style="text-align: justify;"><strong>Dwa rodzaje agentury</strong></p><p style="text-align: justify;">Major Cheda mówi o dwóch rodzajach agentury. Pierwsza to klasyczna agentura wywiadowcza, zwerbowana przez rosyjskie służby, aktywna w strukturach partii politycznych, w tym w PiS. Druga to agentura wojskowa, uśpiona, czekająca na "godzinę W", kiedy jej zadaniem będzie wywołanie chaosu, dezorientacja ludności i tworzenie złudnego wrażenia parcia na kapitulację. Nie widzę w tym żadnych spekulacji ani publicystycznych nadużyć. W mojej opinii jest to analiza oparta na metodologii właściwej dla środowiska wywiadowczego, poparta rozmowami z byłymi szefami wywiadu, takimi jak Grzegorz Małecki czy Andrzej Derlatka, którzy zgodnie twierdzą, że skala infiltracji jest znacznie większa, niż chce to przyznać obecna władza.</p><p style="text-align: justify;">Obserwując z bliska kulisy operacji ABW na Dolnym Śląsku, rolę, jaką odegrali w tym układzie konkretni funkcjonariusze, i sposób, w jaki moje zeznania oraz dokumenty były tuszowane przez kolejne szczeble, nie mam żadnych powodów, by tej analizie nie wierzyć.</p><p style="text-align: justify;">Wręcz przeciwnie.</p><p style="text-align: justify;"><strong>Motyw szantażu</strong></p><p style="text-align: justify;">Kluczowy wątek programu dotyczy motywacji obecnej władzy do bierności. Cheda formułuje dwie hipotezy. Wedle pierwszej mamy do czynienia z układem wzajemnej nieagresji: my was nie ruszamy, wy nas nie ruszacie. Albo, i ta hipoteza jest bardziej niepokojąca, strona dawnego układu dysponuje tysiącami nagrań kompromitujących obecnych polityków i tym szantażem paraliżuje każdą próbę systemowego oczyszczenia. Obawa przed ujawnieniem jako motyw przewodni bierności państwa - przerażające, prawda? </p><p style="text-align: justify;"><strong>Prokuratura od czasów stalinowskich</strong></p><p style="text-align: justify;">Program jest też bezlitosny wobec prokuratury. Cheda pyta, dlaczego jako jedyna instytucja odziedziczona po PRL nie przeszła przez 37 lat żadnej sensownej reformy. Immunitet prokuratorski w obecnej skali, połączony z brakiem rzeczywistej odpowiedzialności cywilnej, stanowi otwarte zaproszenie do korupcji, upolitycznienia i bezkarności jednocześnie. Jako wzór Cheda proponuje rozwiązanie brytyjskie - specjalny sąd rozpatrujący wyłącznie sprawy służb i skargi obywateli na nadużycia, z zachowaniem pełnej tajemnicy państwowej, ale z jeszcze pełniejszym poszanowaniem prawa. Pomysł ten był przedstawiony Adamowi Bodnarowi jeszcze przed objęciem przez niego stanowiska. Bodnar jednak nie odpowiedział. </p><p style="text-align: justify;">Jan Piński, który pojawia się w programie jako przykład obywatela próbującego z własnej inicjatywy naprawić to, czego instytucje naprawiać nie chcą, jest mi bliski z autopsji. Sam przez ostatnie lata robiłem podobnie: zbierałem dowody, składałem zawiadomienia, nagłaśniałem to, o czym główne media milczą. Reakcja państwa była każdorazowo identyczna: kampanie kompromitacyjne, próby ubezwłasnowolnienia, inwigilacja, żerowanie służb na ludzkim strachu i słabości. Cheda mówi, że tacy ludzie jak Piński czy ja wyrastają na wrogów numer jeden systemu, bo burzą jego stabilność.</p><p style="text-align: justify;">Potwierdzam, bo stabilność tego systemu niejednokrotnie próbowała mnie zmieść.</p><p style="text-align: justify;"><strong>Wyjechałem, żeby przeżyć</strong></p><p style="text-align: justify;">Najsmutniejszy fragment programu to jednak nie analiza geopolityczna ani diagnoza prokuratury. Moją szczególną uwagę zwróciła odpowiedź na pytanie słuchaczki, czy powiedzieć dzieciom, żeby wyjeżdżały za granicę. Major Cheda odpowiada, że są ku temu przesłanki. Że zna przypadki ludzi, którzy wyjechali, bo chcieli żyć jako wolne jednostki i Polska tej wolności im nie gwarantowała. Słowa wypowiedziane przez człowieka z jego doświadczeniem i pozycją powinny skłonić nas wszystkich do refleksji. </p><p style="text-align: justify;">Po to, żeby zrozumieć, do jakiego stanu doprowadzono to państwo i kto za ten stan odpowiada.</p><p style="text-align: justify;">Ja wyjechałem. Nie z wyboru, nie z wygody, nie dlatego, że zabrakło mi determinacji. Wyjechałem, żeby ratować swoje życie. Jestem teraz w Maroku i piszę te słowa, bo Polska stała się dla mnie miejscem zbyt niebezpiecznym, żeby w nim pozostać. Rozumiem więc tych, którzy pakują walizki, i nie zamierzam ich oceniać. Sam przez to przeszedłem. Różnica jest jedna: nie uznaję tego za koniec. Walka trwa dalej, chociaż prowadzona z innego miejsca, z dala od ludzi, którzy chcieliby mnie uciszyć raz na zawsze.</p><p style="text-align: justify;">Działalność Chedy, Pińskiego i moja własna dowodzi, że żadne betonowanie nie jest doskonałe. Zawsze zostaje jakaś rysa przez którą wpada światło. Czasem trzeba wyjechać i cofnąć się&nbsp;nieco do cienia, żeby móc tę rysę pokazać światu.</p><p style="text-align: justify;">Mam wrażenie, że tego programu nie powinien oglądać tylko widz zainteresowany polityką lub bezpieczeństwem narodowym. Powinni go obejrzeć wszyscy, którzy jeszcze wierzą, że Polska jest państwem prawa. Niech sprawdzą sami, czy po obejrzeniu ta wiara się utrzyma. I co z nią wtedy zamierzają zrobić.</p><p style="text-align: justify;">Program majora Roberta Chedy z 3 maja 2026 roku dostępny jest pod poniższym linkiem:</p><p style="text-align: justify;"><a target="_blank" rel="noopener noreferrer" href="https://www.youtube.com/watch?v=sM4ahGpnVD8"><strong>Bez litości. Rozpędzić służby i prokuraturę. Major wywiadu Robert Cheda i Jan Piński</strong></a></p>]]></content:encoded>
 </item>
 <item>
 <title>„Idź albo giń&quot;. Filip Olenderek, sieć skompromitowanych funkcjonariuszy i pułapka operacji Lizbona</title>
 <link>https://odtajnione.com/post/siec-korupcji-olenderek</link>
 <guid isPermaLink="true">https://odtajnione.com/post/siec-korupcji-olenderek</guid>
 <description>Współwłaściciel firmy odpadowej, wygodny świadek dla tych, którzy chcą pochować sprawę ABW, sieć byłych funkcjonariuszy służb i spółka o nazwie &quot;Idź albo giń&quot;. Kiedy zdecydowałem się ujawnić nadużycia w Agencji, Filip Olenderek postanowił mnie zniszczyć. Opisuję, kim naprawdę jest jeden z kluczowych graczy &quot;afery lubińskiej&quot;.</description>
 <category>Analiza</category>
 <pubDate>Sun, 03 May 2026 20:13:00 GMT</pubDate>
 <content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Kolejny artykuł poświęcony "aferze lubińskiej" chciałbym poświęcić postaci Filipa Olenderka. Jak wiadomo, dowodzona przez kpt. Marcina P. operacja ABW o kryptonimie "Lizbona" miała na celu inwigilację i infiltrację polityków Zagłębia Miedziowego oraz powiązanych spółek z branży odpadowej. Tym samym w bezpośrednim zainteresowaniu Agencji znalazł się właśnie Filip Olenderek, współwłaściciel Grupy Econ, tworzącej holding podmiotów zajmujących się między innymi przetwarzaniem odpadów. Jednym z przedsięwzięć Econu było publiczno-prywatne konsorcjum energetyczne TERMAL S.A., częściowo zależne od Grupy Econ, a częściowo od spółki miejskiej, nad którą nadzór sprawował prezydent Lubina Robert Raczyński. Jedną z osi, wokół których zawiązano operację "Lizbona", były złożone wewnętrzne konflikty w wymienionych podmiotach, zarówno pomiędzy kontrahentami, czyli prezydentem Raczyńskim a Grupą Econ, jak i pomiędzy wspólnikami Grupy Econ.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Olenderek jako "wygodny świadek"</strong></h3><p style="text-align: justify;">W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na znamienny fakt: Filip Olenderek stał się w ostatnim czasie bardzo wygodnym świadkiem dla wszystkich stron próbujących forsować tezę, jakoby operacja "Lizbona" nigdy nie miała miejsca lub była wytworem czyjejś wyobraźni, sztucznej inteligencji czy może wręcz UFO, jak można wywnioskować z chaotycznych wypowiedzi Roberta Raczyńskiego, którego powiązania z Olenderkiem również okazują się nieoczywiste.</p><p style="text-align: justify;">Taką właśnie narrację, jakoby inwigilacja ABW na Dolnym Śląsku nigdy nie miała miejsca, nakręcają w szczególności Piotr Nisztor oraz Marcin Dobski, między innymi w publikacjach TV Republika. Posiłkują się przy tym dalece nieprecyzyjnymi, ogólnikowymi komunikatami ABW, które same w sobie nie dają żadnych odpowiedzi na pytania o to, co tak naprawdę działo się w Lubinie.</p><p style="text-align: justify;">Dobski, Nisztor i Raczyński odkryli ostatnio nowe paliwo napędzające ich narrację, w postaci wersji wydarzeń forsowanej przez Filipa Olenderka. Mało powiedzieć, że Nisztor ukoronował swój program "Ściśle Jawne" z 25 sierpnia 2024 roku właśnie jego komentarzem dotyczącym materiałów prezentowanych przez "Superwizjer" TVN w lutym tego roku. Redakcja Republiki nie zadała sobie trudu, aby podać w wątpliwość oświadczenie, które potwierdziło z góry założoną tezę materiału Nisztora. Nie zbadano też backgroundu Filipa Olenderka, jego wschodnich powiązań, współpracy ze skompromitowanymi funkcjonariuszami różnych służb ani pogłębiających się problemów z uzależnieniem od środków psychoaktywnych.</p><p style="text-align: justify;">Trudno jednak wymagać rzetelności dziennikarskiej od postaci, które dawno już porzuciły obiektywizm w pogoni za jedyną słuszną wersją partii oraz kwitami podkładanymi im pod nos od lat. Przypomnijmy, że na Nisztorze ciążą zarzuty krzywoprzysięstwa, obnażonego na "taśmach Orlenu" w rozmowie z Danielem Obajtkiem, a ponadto przez lata realizował on nielegalną dla dziennikarza współpracę z CBA pod pseudonimem "Jelinek", o czym wielokrotnie informował Jan Piński.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Spotkanie Olenderka z Raczyńskim</strong></h3><p style="text-align: justify;">Nie dziwi mnie też to, że na Filipa Olenderka chętnie powołuje się Robert Raczyński, który złożył pozew przeciwko redakcjom "Superwizjera" TVN oraz Onet za rzekome naruszenie jego dóbr osobistych w materiałach dotyczących inwigilacji ABW na Dolnym Śląsku. Nie zamierzam dziś pastwić się nad prezydentem Lubina, chciałbym jednak zwrócić uwagę na szczegół, który mógł niektórym umknąć. Mianowicie pierwszym świadkiem wskazanym przez Raczyńskiego w opublikowanym przez niego pozwie był właśnie Filip Olenderek. Co więcej, kilka tygodni wcześniej doszło do spotkania obu mężczyzn. Panowie znaleźli wspólny język i wzajemnie potwierdzili swoje wersje przed złożeniem przez Olenderka zeznań w sprawie nadużyć, których dopuścili się funkcjonariusze ABW.</p><p style="text-align: justify;">Jestem przekonany, że Filip Olenderek nie podzielił się z prezydentem Lubina informacją, że od dłuższego czasu sam pozostaje w dobrych relacjach i we współpracy z kpt. Marcinem P., który dowodził działaniami mającymi na celu inwigilację właśnie Raczyńskiego.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Pułapka narracyjna</strong></h3><p style="text-align: justify;">Filip Olenderek mógł nie mieć świadomości, że podejmując działania zmierzające do wpłynięcia na bieg postępowań i przeforsowania korzystnej dla siebie narracji, wejdzie w konszachty, które w istocie okażą się pułapką. Aby wysunąć pewne oskarżenia, będzie bowiem zmuszony stanąć w świetle, które odkryje wiele jego tajemnic.</p><p style="text-align: justify;">W podobną pułapkę wpadł Piotr Nisztor, dając wiarę człowiekowi, który po rzekomej próbie włamania do jego domu nie zdecydował się zgłosić sprawy na policję, podając bardzo "wiarygodny" argument, jakoby nic nie zginęło i w ogóle to było już późno. Oczywiście cała ta sytuacja ma też swoje drugie dno. Dodajmy, że do incydentu doszło w kwietniu 2022 roku, a więc w apogeum operacji "Lizbona". Warto zadać pytanie: co jeżeli na pozostałych nagraniach z monitoringu zostali uwiecznieni inni funkcjonariusze ABW biorący udział w tych działaniach, łącznie z dowodzącym akcją Marcinem P.?</p><p style="text-align: justify;">Jak Państwo wiedzą, w lipcu 2024 roku zdecydowałem się powiadomić odpowiednie organy o nadużyciach, których dopuścili się funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w latach 2021-2022. Grono odbiorców moich zawiadomień było szerokie i wkrótce zacząłem odczuwać poważne skutki tej decyzji w postaci gróźb, prób inwigilacji i zdyskredytowania mnie w przestrzeni publicznej.</p><p style="text-align: justify;">Jednym z prowodyrów tych działań był właśnie Filip Olenderek, który rozpoczął szeroko zakrojoną operację wymierzoną w moją osobę. Stosował ordynarne groźby, zastraszał mnie i moich bliskich, rozpowszechniał kłamliwe pomówienia na mój temat wśród różnych osób, w tym dziennikarzy, próbował się nawet pode mnie podszywać, a ostatecznie założył profil, na którym opublikował kilkadziesiąt obraźliwych wpisów opatrzonych tytułem "A Guide to Rogery" ("Przewodnik po łajdactwie"). Warto jednak podkreślić, że działania te nie były tylko pijackim amokiem człowieka owładniętego chęcią zemsty. Olenderek w swoich wpisach publikował fragmenty moich zawiadomień do ministra Tomasza Siemoniaka, co oznacza, że uzyskał do nich nieautoryzowany dostęp. W działaniach Olenderka, podpisując się własnym nazwiskiem, wspierał go Marek Pohnke, któremu również poświęcę kilka akapitów.</p><p style="text-align: justify;">W wyniku tych wydarzeń 16 września 2024 roku złożyłem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przez Filipa Olenderka przestępstwa z art. 190 i 190a Kodeksu karnego w związku z groźbami, pomówieniami i próbami podszywania się pod moją osobę. Choć po wystosowaniu odpowiedniego wezwania Olenderek usunął pomawiające wpisy, które oczywiście zabezpieczyłem na potrzeby procesowe, nie doczekałem się przeprosin z jego strony i nadal uważam, że jest zagrożeniem, nie tylko dla mojego zdrowia i życia, ale również dla toczących się postępowań zmierzających do wyjaśnienia i rozliczenia nadużyć w ABW.</p><p style="text-align: justify;">Skierowałem też pismo do Wydziału Postępowań Administracyjnych Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu z wnioskiem o odebranie Filipowi Olenderkowi posiadanego pozwolenia na broń. Małpa z brzytwą potrafi być niebezpieczna, zwłaszcza jeżeli dysponuje bronią palną i znajduje się w stanie wyłączającym świadomość i samokontrolę. Poza tym Olenderek jest tylko pacynką w rękach dużo bardziej niebezpiecznych środowisk.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Katarzyna Olenderek i "wżenienie" w Grupę Econ</strong></h3><p style="text-align: justify;">Ta historia ma w sobie coś z mitu o wojnie trojańskiej. Za punkt wyjścia można bowiem przyjąć ślub Filipa Olenderka z Katarzyną Olenderek, która mogłaby aspirować nie tylko do roli Heleny Trojańskiej, ale i do postaci z najnowszego filmu Patryka Vegi. W przeszłości zajmowała się prostytucją i sutenerarstwem.</p><p style="text-align: justify;">Kilka lat temu Katarzynie Olenderek udało się "wżenić" w jedną z największych firm odpadowych na Dolnym Śląsku, a obecnie, już jako małżonka Filipa Olenderka, staje się pierwszym spadkobiercą jego udziałów w Grupie Econ. Na czyje działa zlecenie? Tego niestety nie mogę wprost ujawnić, jednak z perspektywy pragmatyki służb można ocenić, że swoje zadanie zrealizowała na piątkę z plusem, tworząc przy okazji idealną działalność gospodarczą, która mieści się w miejscu zamieszkania Olenderków we Wrocławiu. To ten sam dom, do którego w 2022 roku mieli wejść funkcjonariusze ABW.</p><p style="text-align: justify;">Co równie istotne, od momentu wejścia w związek małżeński Filip Olenderek zaczął prowadzić szereg działań na niekorzyść własnej firmy, Grupy Econ, polegających na rozbijaniu wewnętrznej spójności wśród wspólników, działaniu na szkodę spółki i przywłaszczeniu mienia. Olenderek wielokrotnie podejmował działania wbrew woli pozostałych udziałowców, którym przez długi czas trudno było zrozumieć motywacje jego postępowania.</p><p style="text-align: justify;">Jednym z koronnych przykładów działania Olenderka na niekorzyść spółki, co powinno szczególnie zainteresować Piotra Nisztora jako rzekomego tropiciela rosyjskich powiązań, była forsowana przez Olenderka próba sprzedaży części udziałów Grupy Econ pewnej estońskiej spółce, która, jak się okazało, ma powiązania sięgające daleko za wschodnią granicę Polski. Ostatecznie transakcja nie doszła do skutku ze względu na sprzeciw pozostałych wspólników, jednak nadal istnieje podejrzenie, że to właśnie w Rosji Olenderek zdobywał i utrzymuje swoje kontakty.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Marek Pohnke i fikcyjne faktury</strong></h3><p style="text-align: justify;">To nie koniec tajemniczych powiązań Filipa Olenderka. Kolejna kwestia to jego powiązania z byłymi lub obecnymi funkcjonariuszami różnych służb, których reputacja pozostawia wiele do życzenia. Oprócz utrzymywania kontaktów z kpt. Marcinem P., kolejnym przykładem działania Olenderka na niekorzyść Grupy Econ jest współpraca biznesowa nawiązana przez niego z Markiem Pohnke, byłym funkcjonariuszem CBŚP, który zakończył karierę w Policji z zarzutami prokuratorskimi w wyniku dochodzenia przeprowadzonego przez Biuro Spraw Wewnętrznych.</p><p style="text-align: justify;">Od tego czasu Pohnke funkcjonuje na wrocławskim rynku jako prywatny detektyw. Co ciekawe, przedstawia się też jako prawnik, co jest kłamstwem. Marek Pohnke ma w zwyczaju powoływać spółki i nie pokrywać ich kapitału zakładowego. Siedziba jego firmy mieści się na wrocławskim adresie jego mieszkania, w nieruchomości stanowiącej własność Skarbu Państwa, graniczącej niemal z komisariatem policji na Wrocławiu-Fabrycznej, będącej też przedmiotem tajemniczej umowy zawartej na czas nieoznaczony na podstawie zarządzenia Wojewody Dolnośląskiego z 2011 roku.</p><p style="text-align: justify;">Nie wiadomo, czym kierował się Filip Olenderek, kiedy pod koniec 2022 roku sformalizował, samozwańczo i w imieniu spółki EkoPartner z Grupy Econ, współpracę z działalnością gospodarczą Marka Pohnke, który przez kolejne miesiące wystawiał faktury opłacane przez spółkę. W pewnym momencie zarząd EkoPartnera zlecił wewnętrzną kontrolę, która wykazała poważne nieprawidłowości: za fakturami wystawianymi przez Pohnke nie stały żadne realne usługi, była to wyłącznie forma okradania spółki przez Olenderka i Pohnke. W sprawie nierzetelnego obrotu tymi fakturami wszczęto odrębne śledztwo, prowadzone przez Lubelski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Spółka "Idź albo giń" i sieć byłych funkcjonariuszy</strong></h3><p style="text-align: justify;">W maju 2023 roku Olenderek zarejestrował spółkę o znamiennej nazwie Ire Vel Mori sp. z o.o., co można złowrogo przetłumaczyć jako "Idź albo giń". To nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy Olenderek odwołał się do tradycji starożytnego Rzymu. Spółka w teorii miała zajmować się przetwarzaniem odpadów, choć prawdziwy sens jej powstania pozostaje zagadką, biorąc pod uwagę, że nie złożono żadnych sprawozdań finansowych pomimo licznych wezwań kierowanych przez KAS, przez co w listopadzie 2024 roku spółka została wykreślona z listy VAT.</p><p style="text-align: justify;">W sierpniu 2023 roku na stanowisko prezesa zarządu spółki Ire Vel Mori powołano Mariusza Żebrowskiego. To kolejny były policjant, pełnił funkcję między innymi komendanta na wrocławskim Rakowcu oraz I Zastępcy Komendanta Miejskiego Policji we Wrocławiu. W 2007 roku otrzymał naganę za nieydanie stosownego rozkazu interwencji podczas manifestacji Narodowego Odrodzenia Polski, na której rozwieszono transparenty z neonazistowskimi hasłami. W przeszłości był też związany z Zambrowem w województwie podlaskim, gdzie pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Rady Miasta.</p><p style="text-align: justify;">Żebrowski to dziś wpływowa postać we Wrocławiu. Przez wiele lat był prezesem klubu siatkarskiego Gwardia Wrocław, który miał dość skomplikowaną sytuację finansową, a poza tym był w posiadaniu charakterystycznej zabytkowej nieruchomości w centrum miasta. Aktualnie jest wspólnikiem greckiego biznesmena Iliasa Filippidisa, jednego z kluczowych deweloperskich ogniw "układu wrocławskiego", w spółce VOLTA4 sp. z o.o. Powiązanie to ujawnia dopiero Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Żebrowski jest też wiceprezesem Dolnośląskiej Izby Gospodarczej i wykłada na Wrocławskiej Akademii Biznesu. W latach 2010-2018 zasiadał w radzie nadzorczej firmy odpadowej Wastes Services Group sp. z o.o. z siedzibą w Kiełczowie, a ponadto jest prezesem zarządu firmy Greenkick z branży odnawialnych źródeł energii. W kuluarach mówi się o tej postaci jeszcze więcej.</p><p style="text-align: justify;">Dlaczego więc gracz pokroju Mariusza Żebrowskiego objął stanowisko prezesa zarządu w spółce Ire Vel Mori, podkreślam: "Idź albo giń", której kapitał zakładowy w tym samym czasie wzrósł z 5 000 zł do 100 000 zł, a w dokumentach pojawia się nawet kwota 10 mln złotych? I w jakim celu Mariusz Żebrowski na początku 2024 roku założył wraz z Filipem Olenderkiem fundację o wzniosłej nazwie "Międzynarodowa Fundacja Biznesu TOP10"? Wszystkie te podmioty zostały zarejestrowane na domowym adresie Filipa Olenderka, który w 2022 roku był objęty działaniami operacyjnymi w ramach operacji "Lizbona".</p><p style="text-align: justify;">Robi się jeszcze ciekawiej, gdy przyjrzymy się radzie nadzorczej powołanej przy spółce Ire Vel Mori. Mamy tam dwa kolejne nazwiska ludzi ze służb. Pierwszym jest Robert Wodejko, były komendant miejski policji we Wrocławiu, który zastąpił na tym stanowisku Marka Szmigla. W 2010 roku odszedł ze stanowiska w niewyjaśnionych okolicznościach, oficjalnie z powodów zdrowotnych, choć w ówczesnych artykułach prasowych pojawiały się wzmianki o aferze związanej z fałszowaniem dokumentów na komendzie. Następnie pełnił funkcje komendanta powiatowego w Wołowie i Oleśnicy, po czym założył działalność gospodarczą specjalizującą się w ochronie danych osobowych. Wykłada też na Uniwersytecie Dolnośląskim DSW.</p><p style="text-align: justify;">Drugą osobą zasiadającą w radzie nadzorczej Ire Vel Mori jest Wojciech Horyń, dziekan Wydziału Nauk o Bezpieczeństwie Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu i autor licznych publikacji z zakresu bezpieczeństwa. Według mojej wiedzy Rektor-Komendant Akademii Wojsk Lądowych nie ma pojęcia, że Wojciech Horyń uczestniczy w takim układzie gospodarczym.</p><p style="text-align: justify;">Komu zależało na tym, żeby otoczyć Olenderka takimi ludźmi, a następnie doprowadzić go do sytuacji, w której będzie niszczył własną spółkę? Jaka jest w tym rola TV Republika i jej dziennikarzy? Wspomnę jeszcze, że "przyboczny" Olenderka, Marek Pohnke, próbował wymusić na jednym z prokuratorów korzystne rozstrzygnięcie w sprawie, w której Olenderek jest oskarżony.</p><p style="text-align: justify;">Mam nadzieję, że te fakty rzuciły nowe światło na postać Filipa Olenderka i rolę, jaką odgrywa w "aferze lubińskiej". Jest jeszcze wiele wątków, o których nie mogę mówić ze względu na toczące się postępowania. Mam świadomość, że ujawnienie tych informacji może przynieść kolejne konsekwencje, jednak w tej chwili nie mogę się na nie oglądać.</p><p style="text-align: justify;">Znalazłem się w sytuacji, w której tylko jawność może mnie uchronić przed zemstą osób, których misterny plan legł w gruzach w momencie, gdy zdecydowałem się zaalarmować o nieprawidłowościach w Agencji.</p>]]></content:encoded>
 </item>
 <item>
 <title>„Predator” w służbie układu. Jak były oficer CBŚP stał się ścierką afery lubińskiej</title>
 <link>https://odtajnione.com/post/predator-w-sluzbie-ukladu</link>
 <guid isPermaLink="true">https://odtajnione.com/post/predator-w-sluzbie-ukladu</guid>
 <description>Mieszkanie służbowe przy komisariacie, spółki bez kapitału zakładowego, 150 000 zł w fikcyjnych fakturach i próba skorumpowania prokuratora. To nie jest biografia przypadkowego cwaniaka. To portret byłego oficera CBŚP, który po wyrzuceniu ze służby wciąż korzysta z kontaktów w mundurach. Piszę o Marku Pohnke i jego roli w operacji wymierzonej w sygnalistę &quot;afery lubińskiej&quot;.</description>
 <category>Analiza</category>
 <pubDate>Thu, 30 Apr 2026 23:14:00 GMT</pubDate>
 <content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Jednym z najciekawszych przykładów skompromitowanych funkcjonariuszy służb, którzy wypływają przy "aferze lubińskiej", jest Marek Pohnke, były oficer CBŚ, dziś "element obrotowy" układu polityczno-biznesowego wyrosłego w Zagłębiu Miedziowym.</p><p style="text-align: justify;">Czasem zastanawiam się, co się musiało wydarzyć po drodze, że zaliczył taki regres: z odznaczanego policjanta i funkcjonariusza CBŚP do klakiera skorumpowanych polityków, samozwańczego "prawnika" i detektywa z utraconymi uprawnieniami.</p><p style="text-align: justify;">Kiedy tracisz pozycję niezależnego kontraktora i stajesz się ścierką do zbierania najbrudniejszych zleceń układu, to znaczy, że wszedłeś w niego tak głęboko, że nie możesz się cofnąć. Zostało tylko plucie, straszenie i wiara w to, że prawda zostanie zadeptana, nim spadniesz z rowerka.</p><p style="text-align: justify;">Nie mam wątpliwości, że Marek Pohnke przez lata służby w CBŚP zbudował wokół siebie wianuszek znajomych w mundurach, którzy bardzo chętnie pomagali mu po wydaleniu z formacji.</p><p style="text-align: justify;">Jednym z najbardziej "wartościowych" jest nadinspektor Paweł Półtorzycki, obecnie komendant wojewódzki policji, który w mojej sprawie odegrał rolę modelową dla tego układu: mimo wiedzy o zagrożeniu i o składanych przeze mnie zeznaniach obciążających lokalną sitwę odmówił mi udzielenia ochrony policyjnej. Były też inne sytuacje, w których policja bardzo wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem "klientem", któremu warto pomagać, ale nie o tym jest ten tekst.</p><p style="text-align: justify;">Przez długi czas łączyłem kropki, próbując zrozumieć, skąd bierze się ta ostentacyjna niechęć, ale kiedy rola Pohnke stała się aż nazbyt widoczna, zrozumiałem, że dawna znajomość z Półtorzyckim z czasów CBŚP wcale się nie zakończyła.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Nieruchomość przy ul. Połbina 1G</strong></h3><p style="text-align: justify;">Interesującym wątkiem jest nieruchomość przy ul. gen. Iwana Połbina 1G/4 we Wrocławiu, gdzie od lat mieści się siedziba "kancelarii" Pohnkego. To budynek praktycznie graniczący z Komisariatem Policji Wrocław-Fabryczna, który w 2011 roku został objęty specjalnym zarządzeniem nr 333 wojewody dolnośląskiego, na podstawie którego Pohnke zawarł umowę najmu lokalu na czas nieokreślony. Służbowe mieszkanie tuż obok komisariatu, czas nieoznaczony, bardzo wygodny adres dla kogoś, kto lubi stale stykać się z dawnymi kolegami z firmy.</p><p style="text-align: justify;">Co ciekawe, niedługo przed zawarciem umowy Pohnke zarejestrował pod tym adresem swoją działalność gospodarczą o znamiennej nazwie "Kancelaria Prawna CBS". Oczywiście nie jest to żadna kancelaria prawna, tylko chwyt marketingowy, szyld mający sugerować parasol ochronny i kontakty w służbach.</p><p style="text-align: justify;">Z prawnego punktu widzenia policjanci mogą prowadzić działalność gospodarczą, ale dopiero po uzyskaniu pisemnej zgody właściwego przełożonego i pod warunkiem, że nie koliduje to z obowiązkami służbowymi ani nie podważa zaufania do Policji. Skoro działalność "Kancelarii Prawnej CBS" została wpisana na adres mieszkania służbowego funkcjonariusza CBŚP, to oznacza, że przełożeni musieli wiedzieć o biznesowych przedsięwzięciach Pohnkego i co najmniej je tolerowali, a poniekąd zapewne czerpali z nich dodatkowe korzyści.</p><p style="text-align: justify;">Pytanie brzmi, dlaczego Marek Pohnke wciąż włada lokalem przy Połbina 1G/4, mimo że wiele lat temu został usunięty ze służby w atmosferze skandalu, postępowań karnych i dyscyplinarnych, a także wobec późniejszych, rażących naruszeń prawa przy jego "działalności detektywistycznej". Czy to standard, że mieszkania przy komisariatach zostają przy ludziach, którzy kończą karierę w CBŚP z zarzutami i kolejnymi sprawami karnymi na karku, czy raczej nagroda za rolę "elementu obrotowego" w lokalnym układzie?</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Odejście z policji i "biznesowa" kariera</strong></h3><p style="text-align: justify;">Kulisy odejścia Marka Pohnke z policji są owiane tajemnicą, ale z tego, co udało mi się ustalić, chodziło o dość "filmową" okoliczność: rozbity radiowóz, który nie został natychmiast zgłoszony przełożonym, tylko zniknął na prywatnym parkingu i miał "przeczekać", aż sprawa przycichnie. Taki numer może przejść u lokalnego cwaniaka, ale nie u funkcjonariusza CBŚP. Kiedy sprawa wyszła na jaw, wylot ze służby na zbity pysk był tylko kwestią czasu.</p><p style="text-align: justify;">Po wyrzuceniu z policji Pohnke nie zapadł się pod ziemię, tylko skorzystał ze zorganizowanego zaplecza gospodarczego. Jeszcze w czasie służby odkrył w sobie żyłkę biznesmena, stając się seryjnym wspólnikiem i prezesem w spółkach z o.o. od "doradztwa, kontroli biznesowej i detektywistyki". Chętnie powoływał spółki, nie pokrywając w nich kapitału zakładowego. Jedna z nich, o tajemniczej nazwie SAVEXIM, w której Pohnke był jedynym wspólnikiem, została rozwiązana z automatu bez przeprowadzania likwidacji.</p><p style="text-align: justify;">Najlepszą wizytówką jego "kompetencji" doradczych jest jednak Dolnośląski Instytut Kontroli Biznesowej. Zarządzana przez Pohnkego spółka, która miała kontrolować biznes innych, sama dorobiła się serii tytułów wykonawczych i egzekucji podatkowych. Dość wymowne jak na podmiot doradzający przedsiębiorcom.</p><p style="text-align: justify;">Wszystko wskazuje na to, że po wydaleniu z CBŚP Marek Pohnke stał się typowym przekrętasem i szemranym detektywem, który snuł się po różnych strukturach gospodarczych, żyjąc z mniejszych wałeczków i okazjonalnie prowadząc operacje w stylu łapania oszustów-mechaników, którzy wykręcali części z aut swoich klientów.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>"Predator" i ofiara: Filip Olenderek</strong></h3><p style="text-align: justify;">Przede wszystkim jednak Pohnke postanowił żerować na cudzej naiwności oraz strachu. Nieprzypadkowo przylgnęła do niego ksywka "Predator", którą chwalił się na lewo i prawo, nazywając tak swoje konsorcjum detektywistyczne.</p><p style="text-align: justify;">Jak przystało na drapieżnika, "Predator" Marek cierpliwie wyczekiwał ofiary, którą będzie mógł od siebie uzależnić i zrobić z niej źródło wygodnego, nie do końca legalnego dochodu. Niczym bohater filmu przyrodniczego o padlinożercach, którzy nie polują na zdrowe sztuki, tylko krążą wokół osobników osłabionych przez używki, pogubionych życiowo, wplątanych w szemrane związki i decyzje, których nie są już w stanie ani cofnąć, ani nawet do końca zrozumieć. Ten "wielki strzał" przyszedł, gdy Pohnke poznał Filipa Olenderka, człowieka idealnie pasującego do takiego rozdania.</p><p style="text-align: justify;">W osobnych wpisach opisałem już historię Filipa Olenderka, człowieka przez lata nadużywającego różnych substancji, który zakochał się w damie o życiorysie i profesji budzących więcej pytań niż odpowiedzi.</p><p style="text-align: justify;">Idealnie się złożyło, że w tamtym czasie Olenderek i jego wspólnicy byli już mocno zakiwani po zdarzeniu z kombinacją operacyjną CBA. Chodzi o opisywaną w wielu mediach historię "Casanovy", Tomasza Jóźwiaka, człowieka wpuszczonego przez służby w rozmaite kręgi polityczne, żeby namieszać i nazbierać kompromitujących materiałów. Na swojej drodze Jóźwiak spotkał nie tylko posłankę Iwonę Arent, ale również udziałowców Grupy Econ, w tym Filipa Olenderka, którzy byli dojeżdżani przedłużającymi się kontrolami skarbowymi i desperacko szukali rozwiązań swoich problemów. Wtedy pojawił się czarujący "Casanova", który obiecywał rozwiązanie problemów za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a skończyło się zarzutami korupcyjnymi postawionymi przez Śląski Wydział Prokuratury Krajowej w Katowicach.</p><p style="text-align: justify;">Nie zapominajmy, że "sprawa katowicka" łączy się bezpośrednio z "aferą lubińską", w której uczestniczyłem z ramienia ABW. Do zatrzymania udziałowców Grupy Econ doszło w czerwcu 2022 roku, w szczytowym momencie "operacji Lizbona", a samo zatrzymanie przeprowadzili funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ujawniając w sejfie Macieja Bodnara kilkadziesiąt stron słynnych stenogramów, które w kolejnych miesiącach wywołały trzęsienie ziemi w Lubinie i okolicach.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>"Oferta detektywistyczna"</strong></h3><p style="text-align: justify;">Wygląda na to, że Marek Pohnke dość mocno zainspirował się metodami Tomasza Jóźwiaka i wkrótce zaczął kręcić się wokół Filipa Olenderka, obiecując mu "załatwienie" korzystnego rozstrzygnięcia w tzw. sprawie katowickiej. Pod koniec 2022 roku przedstawił dokument nazwany "ofertą detektywistyczną", zgodnie z którą miał rzekomo zebrać dowody na niewinność Olenderka.</p><p style="text-align: justify;">Sposób, w jaki "Marek-Predator" opisywał swoje usługi, to gotowy scenariusz filmowy. Sam Pohnke przedstawiał całą sytuację jako "intrygę liderów partii rządzącej oraz osób związanych z Radiem Maryja i ojcem Tadeuszem Rydzykiem". Zupełnie nie przystaje to do forsowanej przez niego dziś narracji, zgodnie z którą działania ABW, których byłem świadkiem, miały stanowić mistyfikację i wydarzyć się tylko w mojej głowie, podczas gdy cała wierchuszka polityczna PiS miała mieć oczy wlepione w wydarzenia na Dolnym Śląsku.</p><p style="text-align: justify;">Kluczowy jest jednak sposób rozliczenia wspomnianej "oferty detektywistycznej". Pohnke formalnie skierował ją do Olenderka jako osoby fizycznej, ale płatności realizowano na podstawie faktur wystawianych na spółkę z Grupy Econ. Filip Olenderek chodził z tymi fakturami prosto do księgowej i wymuszał natychmiastowe płatności na rzecz Pohnkego, a wszystko odbywało się w tajemnicy przed pozostałymi wspólnikami.</p><p style="text-align: justify;">Dopiero kontrola wewnętrzna w spółce wykazała, że nie istniała żadna realna podstawa do wystawiania faktur: Pohnke nie przedstawiał raportów, odmawiał rozmów z innymi osobami ze spółki, uparcie twierdząc, że tylko Olenderek jest "umocowany". Mówimy przy tym o działalności detektywistycznej, branży koncesjonowanej, gdzie warunkiem legalnego działania jest pisemna umowa z klientem, której również nigdy nie przedstawiono spółce.</p><p style="text-align: justify;">Łącznie do maja 2023 roku Pohnke wystawił 10 faktur, wszystkie opłacone, na łączną kwotę prawie 150 000 zł. Nie stały za tym żadne udokumentowane czynności, była to więc po prostu techniczna forma wyprowadzania pieniędzy ze spółki.</p><p style="text-align: justify;">Z późniejszych akt sądowych wynika, że Pohnke próbował ratować wiarygodność, twierdząc, iż w rozmowach miała uczestniczyć także Katarzyna Olenderek. Problem w tym, że ona sama konsekwentnie zaprzecza, jakoby kiedykolwiek znała Pohnkego. Ot, cała wiarygodność tego środowiska: niby nikt nikogo nie zna, ale gdy trzeba wyprowadzić ponad sto tysięcy ze spółki, każdy wie, gdzie stanąć i co podpisać.</p><p style="text-align: justify;">To nie były jedyne "przykrywkowe" działania Pohnkego. Usiłował również wykorzystać swoje rzekome "super-umiejętności", by skorumpować prokuratora i wymusić na nim korzystne rozstrzygnięcie w sprawie, w której Olenderek miał postawione zarzuty. W ten sposób Pohnke założył sobie smycz i dziś musi iść tam, gdzie pociągną go mocodawcy.</p><p style="text-align: justify;">Na marginesie warto dodać, że za te wszystkie fikołki, wyciąganie pieniędzy ze spółki i rażące nieprawidłowości przy obsłudze "oferty" Marek Pohnke stracił uprawnienia do wykonywania usług detektywistycznych, nr wpisu RD-20/2017, data wykreślenia z rejestru: 28 lipca 2025 roku. Mimo to w CEIDG nadal widnieje jako ktoś, kto takie usługi świadczy, co mówi wszystko o jego "transparentności".</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Prawdziwe cele "oferty"</strong></h3><p style="text-align: justify;">Czym tak naprawdę zajmował się Marek Pohnke, realizując "ofertę" dla Filipa Olenderka? Rzekomo miał szukać dowodów na jego niewinność w sprawie Tomasza Jóźwiaka, ale od początku było jasne, że mamy do czynienia z wygodną przykrywką, a nie realnym dochodzeniem. W praktyce działania "Predatora" były nastawione na puste wyciąganie pieniędzy, inwigilację wspólnika Olenderka, Macieja Bodnara, oraz finansowanie ruchów stanowiących faktyczną działalność konkurencyjną wobec Grupy Econ.</p><p style="text-align: justify;">Przykład? W trakcie trwania tej "umowy", w maju 2023 roku, Filip Olenderek powołał spółkę Ire Vel Mori sp. z o.o., do której weszli funkcjonariusze różnych służb specjalnych, co opisałem szczegółowo w osobnym wpisie. Choć Pohnke formalnie nie pojawiał się w tej spółce, to w tym samym czasie ściśle współpracował z Olenderkiem, będąc jego nieformalnym "predatorem" od zadań specjalnych.</p><p style="text-align: justify;">Skąd o tym wiadomo? Jak to często bywa, sam Filip Olenderek nie wytrzymał ciśnienia i opisał kulisy ich szemranej działalności w "liście otwartym" skierowanym do pewnego dziennikarza śledczego, którego nazwiska na razie nie wymieniam. Jak się jednak okazało, dziennikarz ten jest również dobrym znajomym Pohnkego, na którego ten powoływał się w kierowanych do mnie pogróżkach. We wspomnianym "liście otwartym" Olenderek wprost przyznał, że z pomocą Marka Pohnke i innego "detektywa", Bartosza Żebrowskiego, inwigilował swoich wspólników i opisał cały proces operacyjny utworzonego układu.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Spółka Ire Vel Mori i 10 mln zł</strong></h3><p style="text-align: justify;">Dalej robi się tylko ciekawiej. Jak wiadomo, działalność Ire Vel Mori została zawieszona, mimo że zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w lipcu 2023 roku, kapitał zakładowy spółki podwyższono z 100 000 zł do 10 mln zł, na co zachował się akt notarialny i zmieniony akt założycielski z szerokim katalogiem PKD. Oczywiście tych 10 mln nikt realnie nie pokrył, a Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej zdążył jeszcze wszcząć wobec spółki postępowanie przymuszające za brak złożenia prawidłowego tekstu umowy spółki, wprost wskazując rozbieżności między wnioskiem a zakresem zmian aktu założycielskiego.</p><p style="text-align: justify;">W tym momencie stało się jasne, że cała konstrukcja zaczyna się sypać. Późniejsze ujawnienie szczegółów operacji "Lizbona" oraz tego, jaką rolę w rozmontowywaniu Grupy Econ miał odegrać Filip Olenderek, w tym wątek tajemniczego funduszu INVL Eco Baltia, spowodowało, że jego stronnicy nie mieli już odwrotu i musieli brnąć w narrację wyznaczoną przez Roberta Raczyńskiego, Marcina Pilipa i całą resztę.</p><p style="text-align: justify;">Wygląda na to, że pan Marek chciał na początku "tylko" zachachmęcić trochę kasy na "ofercie detektywistycznej", ale szybko okazało się, że wpakował się w grubszą intrygę, której skali nie ogarnął. Kiedy dotarło do niego, że Olenderek jest tylko trybikiem w większej machinie, Pohnke błyskawicznie dostosował się do nowych realiów. Z drobnego padlinożercy, który żywił się truchłem mechaników i pustymi fakturami, nasz "Predator" wyrósł na stałego mieszkańca śmierdzącego bagna funkcjonariuszy, polityków i biznesmenów. To przykład stworzenia, które nie potrafi już wyjść na brzeg, bo zbyt wiele lepkich nitek przeszło przez jego pazury i zbyt wiele padliny widziały jego oczy, by mógł udawać, że nic o niczym nie wie.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Powiązania z ABW i pogróżki</strong></h3><p style="text-align: justify;">Na koniec zostawiam wątki, które budzą moje największe wątpliwości.</p><p style="text-align: justify;">Pierwszy to powiązania Marka Pohnke z dyrektorem Delegatury ABW we Wrocławiu, mjr. Bartoszem Orawcem, którego sam Pohnke familiarnie nazywał "Bartkiem", próbując w ten sposób mnie zastraszyć i zademonstrować swoje zaplecze w służbach. To szczególnie ciekawy kontekst, biorąc pod uwagę, że kiedy w 2024 roku kierowałem do ministra spraw wewnętrznych i administracji Tomasza Siemoniaka szereg zawiadomień o nieprawidłowościach w działaniu ABW na Dolnym Śląsku, część z nich przesyłałem "do wiadomości" wrocławskiej Delegatury. Pomijam fakt, że Tomasz Siemoniak rok później udawał, że nic o sprawie nie wie, pisałem o tym wielokrotnie, ale warto o tym przypominać.</p><p style="text-align: justify;">Bardziej zastanawiające jest jednak zachowanie mjr. Orawca, który potraktował moje pisma bardzo "specjalnie", nie chcę na razie zdradzać więcej szczegółów. Co istotne, ich treść wraz z załącznikami zaczęła wkrótce "cudownie" chodzić po mieście, a część z nich wylądowała ostatecznie u samego Filipa Olenderka, który zaczął się nimi posługiwać w celu zastraszania innych osób.</p><p style="text-align: justify;">Co więcej, mjr Orawiec, zanim został dyrektorem Delegatury, miał dołożyć rękę do działań ABW związanych z zatrzymaniami osób powiązanych z Grupą Econ w czerwcu 2022 roku. Podkreślę: w sejfie Macieja Bodnara znaleziono wówczas stenogramy przekazane mu na polecenie kpt. Marcina Pilipa, dokumenty, których wiarygodność dziś usiłuje się podważać, choć to właśnie one są jednym z kluczowych elementów układanki.</p><p style="text-align: justify;">Ciekawym zbiegiem okoliczności jest też znajomość Pohnkego z Mariuszem Rydlickim, kolejnym "bezpieczniakiem" z orbit KGHM, który zostawił odciski palców przy operacji "Lizbona" jako bliski współpracownik kpt. Pilipa. Jak wynika z "listu otwartego" Olenderka, to właśnie Rydlicki miał skontaktować się z Pohnkem i "przestrzec" go przede mną jako rzekomym zagrożeniem, co miało uzasadnić inwigilację mojej osoby przez "detektywów" spuszczonych ze smyczy przez Olenderka za pieniądze, które wcześniej wyprowadził z Econu.</p><h3 style="text-align: justify;"><strong>Klakier i renegat</strong></h3><p style="text-align: justify;">Dziś Pohnke występuje w roli klakiera Roberta Raczyńskiego i zawziętego komentatora "afery lubińskiej", który próbuje podważyć każde moje działanie. Wiem, że złożył na mnie szereg zawiadomień, zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i w formie anonimów. Chodził po ludziach, którzy popełnili przestępstwa na moją szkodę, próbował wpływać na postępowania, mącił, pomawiał, zastraszał i korumpował. Część z tych wyczynów kaskaderskich jest przedmiotem osobnych postępowań organów ścigania.</p><p style="text-align: justify;">Przykład Marka Pohnke może stać się ogólniejszą refleksją nad naszym systemem, który nie znajduje miejsca dla tego typu renegatów. Smutna konkluzja jest taka, że skompromitowani funkcjonariusze mogą zostać co najwyżej wykonawcami brudnej roboty, wysyłanymi tam, gdzie trzeba kogoś zastraszyć, obrzydzić i obsmarować. Pytanie nie brzmi więc, czy Pohnke wciąż ma jakąkolwiek wiarygodność. Brzmi inaczej: jak długo utrzyma się na powierzchni, zanim instytucje państwa nie będą mogły dłużej udawać, że nie widzą, po której stronie barykady ustawił się ich były funkcjonariusz.</p>]]></content:encoded>
 </item>
 </channel>
</rss>